Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2009

Manic Street Preachers - Journal For The Plague Lovers - 2009










01 -
Peeled Apples
02 - Jackie Collins Existential Question Time
03 - Me and Stephen Hawking
04 - This Joke Sport Severed
05 - Journal for Plague Lovers
06 - She Bathed Herself in a Bath of Bleach
07 - Facing Page: Top Left
08 - Marlon J.D.
09 - Doors Closing Slowly

10 - All Is
Vanity
11 - Pretension/Repulsion
12 - Virginia State Epileptic Colony

13 - William's Last Words

14 - Big Lady


Na tej płycie można by zbić fortunę. Nie dość, że Walijczycy stosunkowo szybko wracają na scenę i to po przełomowym – bo wyciągającego ich z muzycznej niziny – krążku "Send Away The Tigers" to jeszcze wkoło obwieszczają światu, że ich dziewiąty studyjny longplay został nagrany w duchu poprzedniej dekady i zawiera spuściznę po zaginionym w niewyjaśnionych okolicznościach gitarzyście Richey Edwardsie, w postaci tekstów, które po brzegi wypełniły "Journal For Plague Lovers" A co bardziej nie pociąga i interesuje publiki niż płyta nagrana z udziałem zmarłej osoby. Ideał przyświecający wydaniu tej płyty (wspomnienie kolegi, odświeżenie brzmienia, w końcu pomoc fundacji prowadzającej poszukiwania osób zaginionych) wygrał jednak z bezmyślną lożą konsumentów i dziennikarzy szukających sensacji. Śmiało można napisać, że "Journal For Plague Lovers" dorównuje, o ile nie przebija ostatnie dokonania Jamesa Bradfielda i jego kolegów. Znów zagrali to we czterech.

Wydawać by się mogło, że cofnięcie wskazówek o ponad 15 lat może skończyć się muzycznym samobójstwem, szczególnie w wykonaniu takich weteranów jak Manic Street Preachers. Nic bardziej mylnego. Ich nowa płyta bije po uszach tą samą wiązką energii co kultowe "The Holy Bible" z 1994 roku. Podobieństw jest tu co niemiara. Począwszy od naprawdę mocno ograniczonych w czasie kompozycji, przez surowe i pokazujące tyłek stacjom radiowym brzmienie, aż po wspomniane teksty oryginalnego gitarzysty popularnych ''Manics''.

I to właśnie strona tekstowa najbardziej absorbuje uwagę. Wszystkie liryki – i to bez wyjątku – zostały napisane w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych i są utrzymane w nastroju swoich czasów, gdy w Wielkiej Brytanii klasa średnia szukała oparcia w rodzącym się i traktującym o nich britpopie, a wszelkie próby kształtowania się na muzyczne shock-celebrities były od razu skutecznie "gaszone" przez nurty prawdziwych i bacznie obserwujących życie artystów. Taki był Edwards, który na "Journal Plague Lovers" jako obecny duchem członek zespołu podejmuje tematy konsumpcjonizmu, egzystencji człowieka, nowoczesnych chorób oraz czerpie z życia sławnych ludzi pokroju Marlona Brando.

Trójka obecnych członków Manic Street Preachers musiała tylko nagrać pod to odpowiednie ilustracje muzyczne….tylko, czy aż? Najpierw był wysłany do radia w celu promocji ‘’Jackie Collins Existential Question Time’’. On ukazał kierunek w jakim muzycy podążyli tym razem. Krótka, zadziorna piosenka, gdzie egzystencjalnym pytaniem wydaje się być fraza: ''Mommy, where’s a Sex Pistols?'' Takiej gitarowej końcówki nie mieli od lat. Trzeba dodać więcej – od lat nie mieli tak głośnej płyty. Słuchając openera w postaci ''Peeled Apples'' czy najlepszego na płycie, opływającego w ciężkie drżenie gitar a’la R.E.M z okresu ''Monster'' nagrania tytułowego, ciężko odmówić sobie zarezerwowania biletu na jakieś z nadchodzących show zespołu. Hektolitry potu i potłuczenia gwarantowane. Większa część kompozycji ma dość podobną strukturę, po całkiem przyjaźnie brzmiącej zwrotce znienacka pojawia się rozsadzający bębenki uszne refren. Najlepiej wypadają te skandowane momenty w ‘’Pretension/Repulsion’’ czy ‘’She Bathed Herself In A Bath Of Bleach’’. Nie sposób się tu domyślić po ile mają muzyce Manic Street Preachers. Duch prawdziwego punka jeszcze nie zanikł, nie na Wyspach, nie w Walli. Czasem trafi się – zwykle udany – eksperyment, burzący nieco koncepcje brzmieniową ‘’Journal For Plague Lovers’’. W tej kategorii na uwagę zasługuję ''Marlon J.D", wykorzystujący jako jedyny na płycie usługi elektronicznej perkusji, która nadaje mu nieco dyskotekowej pulsacji, przykrytej solidnym gitarowym obłożeniem. Słuchając ''Journal'' aż nie chce się wierzyć, że grupa postanowiła nie publikować żadnego oficjalnego singla. Nawet jeśli tematyka i bezpretensjonalność niektórych momentów tego krążka, mogłaby wprawić w kompleksy niejednego działacza wytwórni płytowej, to zawsze można celować w balladę, których jest tu niewiele, ale ich jakość rekompensuje liczbę. Osobiście oniemiałem, gdy po raz pierwszy zapoznałem się z ''This Joke Sport Severed''- prawdziwą muzyczną ucztą, która nabiera mocy z każdą sekundą i prowadzi nas do orkiestrowego finału. Ta płyta posiada wszystko, czego trzeba.

Nie ma wątpliwości kto jest na czele tabeli Brytyjskiego rocka. Pierwsze miejsca na listach przebojów mogą na zmianę okupować Coldplay i Kings Of Leon, ale stara gwardia nie śpi, nie daje o sobie zapomnieć i to za 20 lat o nich spyta się mały/a Jackie, zadając swoje pierwsze egzystencjalne pytanie: ''Mommy, where’s a Manic Street Preachers?''


czwartek, 16 lipca 2009

Julian Plenti - Julian Plenti...Is Skyscraper - 2009










01 - Only If i Run
02 - Fun That We Have
03 - Skyscraper
04 - Games For Days
05 - Madrid Song
06 - No Chance Survival
07 - Unwind
08 - Girl On The Sporting News
09 - On The Esplanade
10 - Fly As You Might
11 - H

Bez względu na to co napiszę w dalszych linijkach tego artykułu, jestem prawie przekonany, że każdy z czytelników tej recenzji ma już góry obrany pogląd na temat płyty [błąd?]. Dla jednych Interpol skończył się równie szybko jak słynny jest przypadek Metallici i nie ma sensu poświęcić mu – i wszystkiemu co się z nim kojarzy – większej uwagi. Z kolei druga grupa będzie zachwycona nowym/tajemniczym (bo skrywanym pod tzw. pseudonimem artystycznym) wizerunkiem wokalisty zespołu i perspektywą jaką roztacza ten longplay. Tak jest zawsze, więc nie ważne z jakiej perspektywy podchodzisz do tej recenzji, bo tylko jedno jest pewne – Paul Banks wydaje swój debiutancki krążek.

''Who is Julian Plenti?'' – tak brzmiał rozprzestrzeniany przez Internet slogan reklamowy, mający na celu wypromowanie solowej działalności Banksa. Kim jest Julian Plenti? To okaże się na końcu. Na początku dostajemy nowy image (czy tylko ja widzę w nim odbicie młodego Kurta Cobaina?) i stylizowaną na po-imprezowy luz okładkę. Przed odtworzeniem pierwszej kompozycji ma się jednak przeczucie, że będzie to ponury zestaw. Instynkt każe jednak zwrócić uwagę przede wszystkim na rozbieżności między muzyką znaną nam z płyt Interpol, a tym co słychać przez głośniki. I tu mały psikus. ''Only If You Run'' to na pewno nie jest dobre pole to dogłębnej analizy porównawczej. Oprócz nieco mocniejszych elektronicznych beatów wszystko jest po staremu. Charakterystycznie płynąca partia gitary, głęboki bas, powoli sunąca perkusja. Lepiej to wygląda w promującym wydawnictwo (dostępnym za darmo na oficjalnej witrynie) ''Fun That We Have''. Zaczyna się dosyć konwencjonalnie, ale druga część utworu to zbitka różnych syntetycznych szumów i gitarowych trzasków, jakby nasz bohater bawił się w skrajne formy Pavement. I ten trend pozostaje już bardziej rozprzestrzeniony. Krótko mówiąc, ma się wrażenie, że całość (płyta) to subtelna, melancholijna udręka skrzyżowana z elektroniczną nostalgią. Pomimo, że piosenki są krótkie (album ma niecałe 38 minut) to większość z nich cechuje się bardzo eksperymentalnym podejściem do swojej budowy i nie sposób się przy tym nudzić. Dodatkowo największym zaskoczeniem jest bardzo szeroka gama i zastosowanie instrumentów żywych. Skrzypce, harfa, trąbki, puzon czy wiolonczela to smakowite dodatki do chociażby ''Skyscraper'', ''Unwind'' i ''On The Esplanade''. Momentami ta cała atmosfera ''unplugged & live'' jest nawet czymś więcej niż dodatkiem - miniaturowe ''Madrid Song''. Gitarowych wymiataczy jest stosunkowo niewiele, a prawdę powiedziawszy są to tylko dwa nagrania. Nie robiące wrażenia na tych, co słyszeli singlowe ''The Heinrich Maneuver'' z ostatniej płyty Interpol ''Games For Days'' oraz ciężko osadzone na ziemi ''Fly As You Might'' z gitarowym riffem w stylu niedomagającego Carlosa Santany . Do tej chwili daje mi do myślenia.Próżno na ‘’Julian Plenti…Is Skyscraper’’ szukać przebojów, ktoś w ogóle liczył na tak odmienionego Banksa? Jest za to Banks romantyk, czasem trochę nieokrzesany (''Girl On The Sporting News''), ale częściej snujący gorzkie opowieści jak najwięksi bardowie naszych czasów, jak Cohen czy Elliott (najlepsze na płycie ''On The Esplanade'').

Kim więc jest Julian Plenti? Czy Wam się to spodoba czy nie, stwierdzam, że Julian Plenti to Paul Banks, członek, gitarzysta oraz wokalista kwartetu Interpol. Tyle. Nie odciął się od pępowiny swojej formacji, nie postawił kariery solowej nad pisane z kolegami, bo i po co? Dźwięki płynące z trochę na wyrost nazwanej płyty są wystarczająco satysfakcjonujące dla obu stron. Jedni wiedzą, że w niedługim okresie ich człowiek wróci komponować z nimi nowy materiał, a Banks zaspokoi w ten sposób swoje ambicie – przynajmniej na pewien czas. Mam tylko jedną uwagę. Nie warto patrzeć na ''Julian Plenti…Is Skyscraper'' przez pryzmat płyt Interpol. Po co z góry psuć sobie zabawę z tym naprawdę udanym jak na początek dziełem?


wtorek, 14 lipca 2009

Kasabian - West Ryder Pauper Lunatic Asylum - 2009











01 - Underdog
02 - Where Did All The Love Go
03 - Swarfinga
04 - Fast Fuse
05 - Take Aim
06 - Thick As Thieves
07 - West Ryder/Silver Bullet
08 - Vlad The Impaler
09 - Ladies And Gentleman (Roll The Dice)
10 - Secret Alphabets
11 - Fire
12 - Happiness

Dlaczego ten artykuł nie dotyczy nowej płyty Franz Ferdinand, dlaczego nie Oasis, The Enemy albo The Fratellis?
Odpowiedź jest jedna. To właśnie Kasabian wiedzie prym na brytyjskiej rozkładówce niezależnego rocka i płycie ‘’West Ryder Pauper Lunatic Asylum’’ bez wątpienia należy się przysłowiowe ‘’pięć minut’’. Mniej prowokujący i rzucający się w oczy niż wyżej wymienione zespoły, milczący od prawie dwóch lat Kasabian w zaciszu studia w rodzinnym Leicester przygotował kolejną psychodeliczną baśń – tym razem najbardziej dojrzałą i żywię nadzieję, że równocześnie najbardziej przełomową w karierze.

Zgodnie z zapowiedziami głównego kompozytora i tekściarza Sergio Pizzorno, album nie rzuca się w uczy przebojowością zawartą na ‘’Kasabian’’ czy ‘’Empire’’, ale ma zaskoczyć swoją zwięzłą formułą – koncept album, nie inaczej – i nowym, nieco bardziej akustycznym i filmowym brzmieniem. To prawda. Dopóki nie posłucha się dwunastu numerów wypełniających ‘’West Ryder Pauper Lunatic Asylum’’ ciężko uwierzyć w porównaniu tej płyty to muzycznego soundtracku, a jednak. Już same aranżacje instrumentów smyczkowych przypominają te, które wyszły spod ręki Ennio Morricone, a i sam tytuł – kto nazywa płytę od nazwy historycznego szpitala psychiatrycznego skupiającego biedaków z okolic West Yorkshire? – sugeruje, że mamy do czynienia z czymś niebanalnym.
Na początku dostajemy przebojowe ‘’Underdog’’ (wykorzystany w reklamie telewizorów Bravia, już ma zapewnione miejsce na kompilacji typu ‘’greatest hits’’), taki doskonały ‘’kasabianowy’’ kawałek, pokazujący niezwykłą zdolność mieszania ze sobą wpływów rocka psychodelicznego i elektroniki. Opowieść na dobre rozkręca się od drugiego na płycie ‘’Where Did All The Love Go’’ z bębnami wyjętymi prosto z zakurzonych ścieżek od The Beatles. Następnie krótki, niepokojący ‘’Swarfiga’’ – tutaj w roli dobrego wujka instrumentalisty, a po nim cała seria barwnych i głęboko namaszczonych słonecznym brzmieniem ‘’western’’ kawałków. Porywanie się na programowanie muzyki wydającej się z goła przeciwieństwem tego czego oczekuje rodzimy rynek (odwieczna walka o wzajemną dominacje na swoich podwórkach: Stany - Wielka Brytania) zwykle kończy się muzycznym kacem u słuchacza, chyba że nazywasz się Kings Of Leon. Do czasu. Może to moje osobiste halucynacje wywołane tym z lekka sennym i transowym krążkiem, a może Kasabian faktycznie gra w dobrym duchu ‘’Mściciela’’ i ‘’Siedmiu Wspaniałych’’.
‘’West Ryder Pauper Lunatic Asylum’’ zdominowany jest przez rozmyty i płaczliwy bas, równie oszczędną i wysłużoną gitarę, a ponad to unosi nad każdą kompozycją sporą dawkę pustynnego kurzu – o tak!, produkcja jest wyborna. Odpowiada za nią Dan The Automatom, kojarzony z Gorillaz, Lovage i sceną alternatywnego hip hopu. Jak na człowieka z innego wymiaru doskonale potrafił wyciągnąć najskrytszy potencjał drzemiący w tym materiale, decydując się chociażby na dodanie gdzieniegdzie gitar w stylu Mariachi. To już chyba za wiele dobrego.

Odstępstwem od tych wszystkich ‘’reguł płyty’’ jest kompozycja ‘’Fast Fuse’’ zgodnie ze swoim tytułem oferuje słuchaczowi niezwykle intensywne przeżycia. To istne perpetuum mobile, napędzane od nowa za każdym razem gdy wokalista Tom Meighan zaczyna śpiewać być może najbardziej nośną linijkę tego roku: ‘’Oh baby, I was born with a fast fuse / I got no time to love”. Nie trudno sobie wyobrazić to nagranie na listach przebojów, mimo że pierwotna jego wersja pochodzi z limitowanej i wydanej jeszcze w 2007 roku Ep-ki ‘’Fast Fuse’, podobnie jak inne nagranie z nowego krążka zatytułowane ‘’Trick As Thieves’’.
Pociskiem o zbliżonej sile rażenia jest także wybrane na pierwszy singiel ‘’Fire’’, nie odstające w początkowej fazie od ideologii ‘’West Ryder Pauper Lunatic Asylum’’, ale zaskakujące dynamicznym refrenem i zmyślnie wykorzystanym elektronicznym przejściem we wręcz IDM’owym nastroju. Nie mniej elektryzujące niż grobowe w swoim przekazie ‘’Vlad The Impaler’’ z ‘’rozbijającm szkło’’ beatem perkusji.

Cała opowieść zagrana przez Kasabian na ‘’West Ryder Pauper Lunatic Asylum’’ kończy się nagraniem ‘’Happiness’’ w gospel-pochwalnym tonie. I właśnie tytułowe uczucie szczęścia przelewa się przeze mnie po kilkukrotnym odsłuchu najlepszego jak dotąd longplaya brytyjskiego kwartetu. Nie ma dążenia w kierunku mody, jest za to zwarty i oryginalny pomysł. Zespół udowodnił, że jest najzdolniejszym potomkiem wybuchowego tria: Blur, Spiritualized i Primal Scream, a także wypracował swój unikalny, hołdujący południowemu graniu styl. Dodatkowe ‘’pół gwiazdy’’ zostawiam dla tej płyty na przyszłość, na wypadek gdyby kolejne pozycji w ich dyskografii potwierdziły, że psychodeliczne rewolucja rozpoczęła się właśnie od tego albumu. Teraz pokornie wsłucham się w treść, bo i tak nikt na razie nie uwierzy zwariowanemu lunatykowi z West Yorkshire…



czwartek, 9 lipca 2009

La Roux - La Roux - 2009










01 - In For The Kill
02 - Tigerlily
03 - Quicksand
04 - Bulletproof
05 - Colourless Colour
06 - I'm Not Your Toy
07 - Cover My Eyes
08 - As If By Magic
09 - Fascination
10 - Reflections Are Protection
11 - Armour Love

O ile mnie pamięć nie myli, to duet La Roux był jednym z artystów wytypowanych jako ''nadzieja na rok 2009'' w słynnym plebiscycie BBC, który rok rocznie gromadzi sztab znudzonych muzycznym światkiem ekspertów i pozwala im pofantazjować o tym jakie pięknie by było gdyby... Gdyby co? Kilka lat temu między wierszami dało wyłowić się takie nazwy jak Scissor Sisters, Keane, Franz Ferdinand, a nawet Interpol. Teraz zgodnie z życzeniami opinii publicznej pałeczka przechodzi w stronę młodych zdolnych wokalistek, głównie romansujących z prostym i mało ekscytującym electropopem, r'n'b, dance i na każdym kroku podkreślającymi, że jak były małe to słuchały Blancmange oraz Yazoo. I w tym momencie, gdy wydawać by się mogło, że ten tekst jest o tym jak zakłamany staje się rynek popkultury pojawia się La Roux.

Korzystając z metody ''daj osłu marchew'' rzucili na rynek kilka nieprzyzwoicie skocznych singli, a żniwo zebrali przy okazji świeżutkiej płyty, tzw. self-titled albumie. W Wielkiej Brytanii
przegrali bój o pierwsze miejsce tylko z pośmiertnie królującym Michaelem Jacksonem (kto by nie przegrał?), teoretycznie są więc najlepsi. To jeden z tych jasnych punktów nowej fali synthpopu przy którym można z dużym przekonaniem stwierdzić, że w młodości bawili się w OMD (''As If By Magic'', ''Fascination'') i uczyli się rzemiosła na płytach Human League (''In For The Kill''). Na debiucie prezentują więc styl zbliżony do mistrzów epoki, nieco przeprodukowany, zbyt kąśliwy, ale jednak mocny i satysfakcjonujący mnie swoją melodyjnością.
Z drugiej strony, może idee stylu się nieco zmieniły (albo jestem nie na czasie), ale konserwatywnych wielbicieli popowego szaleństwa może czekać mała dezorientacja w czasie, gdy będą próbowali połapać się gdzie ukryty jest ten minerał przebojowości. Langmaid, Odpowiedzialny za muzyczną stronę zespołu, nie stroni bowiem od wyrazistych, twardych beatów i mało zgrabnych partii klawiszowych - głównie generowanych przez komputer...to, że komputer wydaje się być momentami najprostszą zabawką do tworzenia plików midi to już inna sprawa. Ma to swój wewnętrzny urok i czy się spodoba, zależy tak naprawdę od osobistych preferencji słuchacza. Jeśli od tej łupankowej formuły rozboli głowa, warto zajrzeć na drugą stronę płyty kryjącej - komponowane w identyczny sposób, ale jednak - ballady.

O agresywnie-szałowym ''Bulletroof'' czy wybranym na następny singiel i osadzonym w słodko-lepkich aranżach ''I'm Not Your Toy'' pewnie nie raz będzie dane nam usłyszeć na radiowych playlist. Ważniejsza w tym momencie jest kwestia tego czy ''La Roux'' pojawi się w jakimś ważniejszym zestawieniu pod koniec sezonu. Jeśli nie, to mając naprawdę porządny repertuar i perspektywy dalszego rozwoju pewnie i tak zginą w świecie gdzie muzykiem może być dosłownie każdy. Natomiast kilka ciepłych słów ze stron recenzentów - pierwsze z nich płyną ode mnie ;) - i poczucie przynależności do czegoś co można nazwać ''sceną'' każą postawić pytanie nie czy, ale kiedy ukaże się następca debiutanckiego krążka. I tylko jedna uwaga. Niech midi zamieni się chociażby na słabej jakości mp3. Po za tym, na wspomagacz, ale jednak te 3'5 ode mnie dostaną.



środa, 17 czerwca 2009

Eels - Hombre Lobo - 2009










01 - Prizefighter
02 - That Look You Give That Guy
03 - Lilac Breeze
04 - In My Dreams
05 - Tremendous Dynamite
06 - The Longing
07 - Fresh Blood
08 - What's A Fella Gotta Do
09 - My Timing Is Off
10 - All The Beautiful Thing
11 - Begginer's Luck
12 - Ordinary Man


Mimo, że na nowej płycie nie wstydzi się zagrać w stylu ideału amerykańskiego obywatela zwanego Bruce Springsteen, a swoje najnowsze czterdzieści minut muzyki tytułuje mało romantycznym hasłem:''Wilkołak: 12 piosenek o pożądaniu'', to wszyscy miłośnicy niezależnego rocka z zachodniego wybrzeża mogą odetchnąć z ulgą, ponieważ Mr. E po prostu powrócił i to w nie byle jakim stylu. Z jeszcze dłuższą niż zwykle brodą, jeszcze większymi okularami na nosie i absolutnie premierowym materiałem, po raz pierwszy od sześciu lat – nie licząc wydanej jakiś czas temu płyty ''Blinking Lights and Other Revelations'', skupiającej różny materiał powstający przez kilka lat od 1998 roku.

''Hombre Lobo'' (czyli tytuły ''wilkołak'' w wersji hiszpańskojęzycznej) nie łamie w jakiś szczególny sposób tradycji ostatnich studyjnych płyt Marka Olivera Everetta i jego projektu Eels. Może jest odrobinę bardziej bluesowo za sprawą kilku uroczych ballad, natomiast cała reszta zostaje po staremu. Czasem wydaje się to być aż zbytnio widoczne, a samo Eels zahacza o autoplagiat tak jak w sielankowym ''In My Dreams'' z prawie identyczną melodią jak z singlowego ''Saturday Morning'' z przedostatniej płyty.
W płytę wprowadza energiczny i pewny siebie ''Prizefighter'' nagrany jakby na taśmach demo od żywszego niż zwykle Boba Dylana. Podobny dynamit ma w nogach ''Lilac Breeze'' wijący się w rytmach rock 'n' rolla lat 60. Jednak ''Hombe Lobo'' to głównie kompozycje spod znaku ''zagraj to na dwóch, góra trzech strunach'' i jak zwykle wystylizowany mocno na prehistoryczne brzmienie amerykańskich bardów country i folk rock muzyczny wehikuł czasu. Odstępstwem, i to nad wyraz charakterystycznym, pozostaje utwór ''Fresh Blood'' zahaczający o ciemną stronę grania elektronicznego i jako jedyny odbiegający od tradycyjnego wydźwięku tematu tego koncept albumu. Everest, będąc zarazem wielkim przegranym w życiu i miłości (''All The Beautiful Things'', ''My Timing Is Off''), wierzy, że jedynie człowiek jako jednostka może uszczęśliwiać, nie społeczeństwo (''Begginer’s Luck'', ''Ordinary Man''). ''Hombre Lobo'' nie uszczęśliwia, ale też nie dobija w tak wyraźnym stopniu jak poświęcone śmierci rodziców i siostry muzyka ''Blinking Lights and Other Revelations''.
Tematyka miłosna – ostatnia trochę zapomniana przez Eels – odżywa więc na nowo, a skutkiem tego jest jeszcze większa precyzja i skupienie panujące w piosenkach Everetta.
Singlowe ''My Timing Is Off'' tu urocza miniaturka z wyraźnym potupywaniem perkusji i basem, oparta na bardzo przyjemnej, powtarzalnej melodii. Szczytem oszczędności aranżacyjnej pozostaje jednak zaśpiewanie prawie acapella ''The Longing''.

Eels w widoczny nie ma zamiaru powtórzyć komercyjnego sukcesu ''Beautiful Freak''czy ''Electro-Shock Blues''. Wydaje się, że nowy materiał skomponował tylko i wyłącznie dla siebie, przedstawiając w nim swoje najbardziej intymne przemyślenia i wizje. Jakie to szczęście, że nam, prostym słuchaczom umożliwił partycypowanie w tej pracy.


sobota, 9 maja 2009

Camera Obscura - My Maudlin Career - 2009











01 - French Navy
02 - The Sweetest Thing
03 - You Told A Lie
04 - Away With Murder
05 - Swans
06 - James
07 - Careless Love
08 - My Maudlin Career
09 - Forests And Sands
10 - Other Towns And Cities
11 - Honey In The Sun


Niektóre zespoły przez większość swojej kariery tkwią w swego rodzaju transie. Obserwując ich rozwój nie można zauważyć żadnych wzlotów i upadków, są wręcz drażniąco poprawne i idealne, a posługując się mową związaną z zagadnieniami gimnazjalnego podręcznika do fizyki można napisać, że taka postawa to ruch prostoliniowy ciągły. Camera Obscura to właśnie taki rodzaj outsiderów żyjących gdzieś na uboczu muzycznego biznesu, grupa niezależna i wytrwała w tym co robi już przez ponad 10 lat. Nadal kochają Beach Boys, lokalnego giganta sceny indie czyli Belle And Sebastian pewnie też, chociaż są od nich zdecydowanie bardziej potulni oraz ''rozmyci dźwiękowo''. Zapewne nadal wracają również myślami do pierwszych płyt The Cardigans, chociaż w tym wypadku uczniowie przerośli nauczycieli – swoją drogą nauczycieli z nieco innej bajki. W 1998 roku nastąpił ich oficjalny debiut. Od tamtej pory nie zmienili prawie w żaden sposób warsztatu za pomocą którego stworzyli właśnie swój najnowszy album zatytułowany ''My Maudlin Career''.

Tak jak w dotychczasowej twórczości zespołu, schematycznie jest też na samym krążku. Na pierwszy singiel wybrano moim zdaniem najbardziej nośne ''French Navy'', w którym old-schoolowa szkoła pop daje najlepszy możliwy wykład z apogeum w postaci rozedrganego kolorowymi smykami refrenem. Nie ma też możliwości by nie poruszyła słuchacza kolejna w karierze zespołu perfekcyjna ballada. Przykładowo powolnie ''kroczący'' i w bardzo subtelny sposób podkreślony organową melodią ''Away With Murder''. Zarówno tu jak i w przypadku reszty kompozycji na krążku wokal jest tradycyjnie przepuszczony przez korektor, tak samo jak muzyka. Trzeba brzmieć przecież odpowiednio co do swojego statusu. Grają jak zespół z lat sześćdziesiątych? – a więc tak mają brzmieć. W muzyce często pojawiają się (przy odpowiednim wzmocnieniu) hałaśliwe i nisko zagrane motywy klawiszowe, a więc gdyby Szkoci mieli kiedyś zmienić orientacje, to wystarczyłoby dodać kilka gitar, zmiksować całość i wyszedłby niezły shoegazing. Pewnie i tak nie posłuchają tej rady i zostaną w klimatach, które na dobre można już określić jako Szkocki Western wypełniony bo brzegi odpowiednimi aranżami instrumentów smyczkowych i głębokimi basami.

Pomimo początkowego uczucia znużenia, po kilku przesłuchaniach ''My Maudlin Career'' nie potrafię wskazać skrajnych punktów czwartej studyjnej płyty Camera Obscura. Nawet jeśli coś (w tym wypadku utwór Swans) potrafi z początku niemiło zaskoczyć przesłodzoną muzyczną wyliczanką, które każde dziecko już w przedszkolu potrafi zagrać na zacnych cymbałkach, to pomysł z wprowadzeniem ''płaczących'' gitar i rwanego motywu organowego jest już po prostu przedni. Nie jestem również pewny wszechmocy nagrania ''Other Towns And Cities'' będącego po prostu - nawet jak na Camere - zbyt akustycznym i wyciszonym. To jednakże perfekcyjny przykład jak ''My Maudlin Career'' oddaje przekaz swojego tytułu w muzyce jaką w sobie zawiera. Aż dziw, że nikt nie zaangażował ich jeszcze do nagrania soundtracka pod jakiś post-harlekinowy obraz. To miłosne (czasem aż do przesady) dzieło muzycy zwieńczają drugim utworem, który osiąga wymagane 120 beatów na minutę i zostaje sklasyfikowany w moim przekonaniu jako szybki. Mowa o ''Honey In The Sun'', najbardziej ciepłym i słonecznym (zgodnie z tytułem) nagraniu, gdzie odzywa się sekcja dęta, czynnik, którego brakowało w kilku poprzednich, zbyt ubogich fragmentach płyty. Co ciekawe, jest to też najdłuższa na płycie, prawie sześciominutowa rozprawka o tym jak zachować swoje serce niewzruszonym, mimo że miłość grzeje ze wszystkich stron. Wykroją z tego singla czy nie?

Na ''My Maudlin Career'' bliżej im do swojej drugiej płyty, niż roztańczonego ''Let's Get Out Of This Country'' z 2006 roku. Nie ma próby wskrzeszenia legendarnego ''Lyod, I'm Ready To Be Heartbroken'' – pierwszy singiel może niektórym wydać się podobny w sekcji rytmicznej, ale oryginał jest tylko jeden. Panuje za to aura zdecydowanie bardziej melancholijna i oczyszczająca. Momentami ma się wrażenie, że komponując ''My Maudlin Career'' wymieniali się demówkami z formacją Glasvegas (utwór tytułowy) - a więc wszystko zostaje w rodzinie. Ciężko byłoby postawić kreskę na tak niezwykle sympatycznym zespole jak ten. Trzeba mieć świadomość, że o Camera Obscura nie usłyszymy nigdzie indziej niż do tej pory. Miłośnicy tween i indie popu będą z rozkoszą wgłębiać się w dźwięki skondensowanych klawiszy, prostego jak alfabet beatu perkusyjnego i kojącego głosu Tracyanne Campbell. Za to w miarę obiektywna krytyka zawsze znajdzie jakiś haczyk by uziemić ten projekt. Im dalej trwa ich przygoda z muzyką, tym łatwiej jest im taki haczyk przyczepić. Dwudziesty pierwszy wiek, a dziś 2009 rok to wyznaczniki globalnego muzycznego eksperymentu i kreowania nowych trendów w ogólnie pojętej sztuce niszowej. Taką klauzulę powinien mieć każdy artysta z kontraktem w kieszeni. Taryfa ulgowa obowiązuje tylko panów swoich własnych podwórek. Indie'anom ze Szkocji daję taki immunitet….Tylko skąd oni mają ten wehikuł czasu?


wtorek, 14 kwietnia 2009

Doves - Kingdom Of Rust - 2009











01 - Jetstream
02 - Kigdom Of Rust
03 - The Outsiders
04 - Winter Hill
05 - 10:03
06 - The Greatest Denier
07 - Birds Flew Backwards
08 - Spellbound
09 - Compulsion
10 - House Of Mirrors
11 - Lifelines


Zmęczony ostatnimi czasy muzyką szczycącą się etykietą alternatywnej tudzież indie-rockowej, próbowałem odseparować się od takich dźwięków i przerzucić się na pewien czas w strefę początków grania klubowego, gdzie królował Orbital czy też Underworld. Swoje plany musiałem jednak przełożyć w czasie, bo szóstego kwietnia na półki sklepowe trafiła nowa płyta jednej z najlepszych obecnie na rynku marek alternatywnego rocka, kwartetu Doves. Krążek ''Kingdom Of Rust'' to czwarta studyjna płyta Anglików i drugi poważniejszy oddech Brytyjskiej alternatywy w tym roku. Pierwszym był oczywiście album ''Tonight: Franz Ferdinand'', ukazujący formację Alexa Kapranosa jako ambitny i pełen pomysłów kwartet, który nie chce stać wiecznie w miejscu i przewodzić grupie post-Beatlesowskich kapel, które patrzą na czytelników z każdym kolejnym pojawieniem się na okładce NME i Q z coraz większym oburzeniem, krytycyzmem i samo uwielbieniem. Doves to jednak inna historia niż ta napisana przez Franz Ferdinand. Inne inspiracje, inna publiczność, inne cele. Zawsze cenieni w węższym gronie, ale mający poparcie krytyki i to tej najsurowszej.

Singlowe Kingdom Of Rust zdaje się znów nie uderzać w mainstream, a raczej w miłośników formacji Elbow dla których ten album został stworzony. Jeśli jesteś fanem kapeli Guya Garveya to pokochasz tą bardziej agresywną i głośną wersję ''The Seldom Seen Kid''. Oprócz singlowego nagrania, pod panowanie muzyki zdobywców nagrody Mercury Prize Award 2008 spokojnie można by oddać ''Spellbound'' - przepiękną, kolorową balladę z charakterystycznym orkiestrowym aranżem - albo miniaturowe ''Birds Flew Backwards''. Podobieństw jest więcej, ale tak naprawdę najprzyjemniej zasłuchać się w muzyce nie bojącej się eksperymentu i awangardy. Zanim uda dotrzeć się do sedna tej płyty, warto sprawdzić na ile jest w niej oklepanych standardów, ale ile nowatorskiej inżynierii. Mając do czynienia z ''Kigdom Of Rust'' uświadomiłem sobie, iż nie jestem w stanie dobrze przewidzieć tego co wydarzy się w każdej kolejnej sekundzie, która upływa i przynosi to zaskakujące i wzmagające dalsze zainteresowania płytą brzmienie. To z pewnością jest duży plus. ''Marność nad marnościami, a wszystko marność'' - tej sentencji przecież nie tak trudno uniknąć w ostatnich akapitach podsumowujących sporo nowych wydawnictw. ''Kingdom Of Rust'' słuchałem z niewymuszoną przyjemnością, wszystkie dźwięki wydawały się być napisane specjalnie pode mnie. Doves najwyraźniej korzystają z tej samej ''emocjonalnej furtki'', którą w/w Elbow zaskarbił sobie moje uznanie. Emocje na ich nowym krążku są najważniejsze. Teksty traktują przeszłości, cierpieniu powodowanym czekaniem, trudnych wyborach....niezwykle brytyjskie. Od strony muzycznej mamy charakterystyczny, ''zużyty'' wokal, dużo akustycznego podkładu i brak ograniczeń w sferze produkcyjnej. ''The Outsiders'' na przykład, wyciąga wnioski z muzyki jaką Radiohead tworzyło w czasach ''Kid A'' i ''Amnesiac'' i nadaje jej nieco ludzkiej twarzy. Nie wątpie również w wylansowanie z płyty kilku znakomitych przebojów. Jak ulał pasuje do tej roli niezwykle popowe ''Winter Hill'' czy spojone solidnymi wiązaniami gitary elektrycznej ''The Greatest Denier''. Pomysły i zmysł komponowania liderów formacji Doves najlepiej chyba wyraża ''10:03'' składający się z dwóch odmiennych części. W pierwszej nawiązujące do tradycji ''nadmuchanej'' rockowej suity, zaśpiewanej w klasyczny, zmanierowany sposób, a kończy się odjechaną improwizacją z niesamowicie poszarpanym rytmem, nabierając jednocześnie rozmachu, który można by zarzucić tym bardziej lotnym numerom z płyt The Verve. Właśnie. Czy nie za dużo tu tych elementów zaczerpniętych od innych? Anglicy zaliczani są do nurtu niejakiego post-proga i nie mają teoretyczne dużej konkurencji, ale problem w tym, że w swojej lidzie są swego rodzaju beniaminkiem. Tworząc nawet tak wydawałoby się wizjonerskie próby podejścia do tematu jak otwierające płytę ''Jetstream'' (hołd dla Vangelisa i Kraftwerk), zdają sobie chyba sprawę, że ta sama tonacja i napędzający utwór, powoli rozwijający się beat (w klimatach New Order) został już opatentowany przez...tak, Radiohead. Zespół Thoma Yorke'a stał się zarówno największym bóstwem i wyrocznią na rynku niezależnej muzyki, ale i przekleństwem wielu grup, które pięć minut po napisaniu swojego życiowego kawałka pędzą do swojego sprzętu by odsłuchać ''Ok Computer'' a po chwili ze złością kasują wszystkie pliki z tym albumem...swoją drogą i tak mają jego kopie na Cd i winylu. Kto jednak ma prawo wypominać Doves te zapatrzenia, skoro muzyka krzepi?


W każdej domowej płytotece są działa, które wyprzedziły swoją epokę, epokę która nadeszła dopiero teraz, a ''Kingdom Of Rust'' to klasyczny i sztandarowy jej przedstawiciel. Jest na czasie i będę bronił go zagorzale. Ne mam zamiaru prawić nad grupą braci Williams ostatecznych sądów, natomiast potraktowanie ''Kingdom Of Rust'' trochę w roli wielkiej repryzy tego co od ponad dziesięciu lat serwuje nam nowoczesny, inteligentny rock jest jak najbardziej zrozumiałe. Oczywiście w tym szaleńczym wyścigu każdy wyrwie swój kęs, każdy dorzuci swoje kawałki, tak odrębne od reszty - w nawiązaniu do Doves, mam na myśli totalnie psychodeliczny, zagrany z bluesowym pazurem ''House Of Mirrors'' - ale czy to wystarczy do podzielenia się główną nagrodą? Jeśli Doves nie dadzą się ''wyprostować'' i kontynuuje tą jednocześnie ''dyplomatyczną'' i zawiłą drogę po której porusza się nagrywając nowe płyty, to jestem w stanie im odstąpić swoją część podziału.



niedziela, 29 marca 2009

Depeche Mode - Sounds Of The Universe - 2009










01 - In Chains
02 - Hole To Feed
03 - Wrong
04 - Fragile Tension
05 - Little Soul
06 - In Sympathy
07 - Peace
08 - Come Back
09 - Spacewalker
10 - Perfect
11 - Miles Away-The Truth Is
12 - Jezebel
13 - Corrupt

''Ladies and Gentleman, we're floating in space'' - taki komunikat rozpoczyna pamiętny krążek projektu Spiritualized, gdzie Jason Pierce zabiera słuchaczy na międzygalaktyczny spacer po do tej pory niezbadanych obszarach space-rockowej przestrzeni. Dwanaście lat później, zasłużona w dziejach muzyki rozrywkowej formacja Depeche Mode, postanawia zorganizować taki spacer na własny rachunek, wcielając się w rolę przewodnika, a swój najnowszy longplay podpisać słowami ''mały krok dla kompozytora, wielki dla muzyki''. Sounds Of The Universe pokazuje nieco inne oblicze niż można się tego było spodziewać po dość depresyjnym i zróżnicowanym melodyjnie Playing The Angel. Otwiera furtkę, którą tym razem będzie dane przejść bezboleśnie prawdopodobnie tylko fanom tria z Basildon.

W przypadku Depeche Mode takie sformułowanie może zabrzmieć nieco dziwnie, ale Sounds Of The Universe wykazuje wyraźne oznaki podszycia się pod trend powrotu do lat 80-tych, jaki panuje teraz prawie na każdym polu - nie tylko muzyki rozrywkowej.
Czemu ma to brzmieć niby tak osobliwie? Muzycy przyzwyczaili nas bowiem, że pomimo długich przerw między nagrywaniem poszczególnych krążków zawsze znajdą sposób, aby każda kolejna recenzja nowej płyty zawierała stwierdzenia hołdujące ich ponad przeciętnym zdolnością wizjonerskiego kreowania muzyki elektronicznej. Zawsze byli doskonałymi nauczycielami dla setek grup marzących by w przyszłości znaczyć tyle samo dla DJ-ów i ich płyt winylowych co marka Depeche Mode. Nie dziwi więc chęć zmiany podejścia do warsztatu i dość znaczące różnice w przygotowaniach Sounds Of The Universe w porównaniu z poprzednim materiałem. Razem z zaufanym producentem (Ben Hiller) zamknęli się w studio w Santa Barbara, otoczeni niezliczoną ilością pradawnych instrumentów analogowych. Skutkiem tego Martin Gore, David Gahan i Andy Fletcher postanowili wykreować coś, co wykracza poza nasz ziemski świat. Jaka jest więc ich wizja muzyki panującej ''tam'', wysoko nad nami?

Najpierw jest prosty, ale jednocześnie niezwykle kakofoniczny dźwięk rozpoczynający na wpół blues-elektroniczne In Chains, następnie to długie intro przeradza się w potomka - w prostej linii - najbardziej szanowanych przeze mnie fragmentów twórczości zespołu, czyli utworów z czasów krążka Songs Of Faith And Devotion (przestrzenność Higher Love i dynamiczny rozwój w stylu In Your Room). Pierwszy sygnał nadany. Zanim nadejdzie odpowiedź zwrotna, trochę bardziej klasycznych ''Depeszów''. Mocny singiel Wrong to właśnie ta przygnębiająca piosenka, której nie może zabraknąć na żadnym albumie zespołu. Wyrazisty tekst, w którym fraza ''wrong'' powtarzana jest w każdej linijce (!), naniesiony został na niezwykle kąśliwy i surowy motyw kojarzący się z czasami płyty Construction Time Again. Podobnie wyraziste i ostre sekwencje występują tu w większej ilości, dając do zrozumienia, że zespół z pewnością przypomniał sobie o swoich dawnych dokonaniach, ponownie przesłuchał starsze płyty i specjalnie nie starał się wygładzić brzmienia Sounds Of The Universe. Produkcja stwarza wrażenie chaotycznej, trochę bezbarwnej i przeprowadzonej w kilka godzin Podejrzewam, że jest to zabieg celowy, doskonale słyszalny w najbardziej old-schoolowym fragmencie krążka, głębokim masażu bębenków usznych nazwanym Peace. Skomplikowany rytmicznie, wykorzystujący dawne pomysły (znów kłaniają się pierwsze trzy krążki grupy) i zaskakujący słodkim, synthpopowym refrenem. Łezka kręci się w oku starego fana. Podobna sytuacja powinna mieć miejsce przy utworze Jezebel - jedynym ozdobionym w pełni głosem Martina Gore'a - ale niestety łamiąca serce ballada staje się najsłabszym ogniwem Sounds Of The Universe. Podkład przypominający rumbę, nieznośne buczenie z prawego kanału i spora rozwlekłość, wystarczają aby z niedowierzaniem stwierdzić, że płyta Depeche Mode pozbawiona jest dobrego wyciskacza łez. W tym układzie wiele rzeczy spada na barki Davida Gahana, który mimo upływy lat ze swojej roli wychodzi prawie bezbłędnie, aczkolwiek żal trochę przetworzonego wokalu w jednym z bardziej nośnych na płycie Perfect.

Ale twórca solowej płyty Hourglass zaskakuje również jako kompozytor. Co prawda motoryczne Hole To Feed i pozostawiające w ustach smak płyty Exciter, Come Back mogłyby być najjaśniejszymi punktami jego prywatnych dokonań, to trzeci utwór wywodzący się spod jego pióra (Miles Aways-The Truth Is) zapowiada się na jeden z bardziej drapieżnych numerów w karierze Brytyjczyków i zarazem kolejny sygnał puszczony w przestrzeń wszechświata. Pełen niedostrojonych dźwięków, pisków i naleciałości stylu lo-fi pokazuje Gahana jako eksperymentatora bez zahamowań. Prawie godzinny longplay wieńczy wyjęty prosto z czeluści Violotora, Corrupt, gdzie wokalista wciela się w śpiewającego niezwykle szyderczym głosem osobnika-manipulatora, bawiącego się swoją ofiarą jak laleczką voodoo: ''Mógłbym cię zepsuć, to byłoby wstrętne. Mogliby cię uśpić, ale leki nic by nie dały''.

Sounds Of The Universe to nie jest łatwa płyta. Przecież nikt nie napisał, że dźwięki wszechświata to prosta struktura oparta na muzyce tworzonej w metrum 4/4. Nawet w momencie gdy zdaje nam się słyszeć znajome dźwięki (szczególnie te podobno do występujących na płytach Exciter i Ultra) to i tak każda sekunda Sounds Of The Universe jest zakodowana w sobie tylko znany sposób, żeby rozgryźć ten mechanizm potrzeba kilku chwil skupienia. Początki z dwunastym studyjnym dziełem Depeche Mode bywają więc trudne, a album może wydać się niezrozumiały. Nie ma tu prawie żadnej kompozycji, która mogłaby przyciągnąć do siebie mniej wyrobionego słuchacza - chociaż oczywiście zdarzają się wyjątki od tej reguły, jednym z nich jest wspomniany wyżej Wrong i w 100% przypominające czasu krążka Ultra, rozbujane Litte Soul. Trójka ''panów w czerni'' ma już swoje lata. W ich nowej muzyce jest wiele zgrzytów, potknięć, spory dysonans i rozedrganie. Używają zakurzonego sprzętu, w którym zardzewiałe śrubki z trudem trzymają się swojego miejsca. Gitar prawie nie ma. To niezwykle, że udział tego instrumentu ograniczył się do niezbędnego minimum – głównie w fantastycznym ''pnącym się'' riffie we Fragile Tension. Czyżby struny też popękały? To zabawne, ale świadomie doczepiając sobie łatkę ''retro'' nagrali płytę być może i opatrzoną etykietą ''for fans only'', ale wnoszącą wiele - paradoksalnie - świeżości na coraz bardziej pogrążający się w minimalizmie rynek ''muzyki zasilanej prądem''. I odpowiedzmy sobie szczerze na jeszcze jedno pytanie. Kto inny zafunduje nam podróż w kosmos?


niedziela, 22 marca 2009

Pet Shop Boys - Fundamental - 2006










01 - Psychological
02 - The Sodom And Gomorrah Show
03 - I Made My Excuses And Left
04 - Minimal
05 - Numb
06 - God Willing
07 - Luna Park
08 - I'm With Stupid
09 - Casanova In Hell
10 - Twentieth Century
11 - Indefinite Leave To Remain
12 - Integral

Fundamentalna płyta. Fundament nowego rozdziału w karierze. Właśnie w taki sposób można podsumować to, co dzieje się na dziewiątym studyjnym albumie duetu Pet Shop Boys. Tytuł jak najbardziej adekwatny do zawartości. Chłopcy ze sklepu zoologicznego kazali czekać na następce krążka Release aż cztery długie lata, które spędzili zastanawiając się m.in. dlaczego pomysł pop-rockowej płyty jaką była poprzednia pozycja w dyskografii nie wypalił. Z perspektywy czasu odpowiedź wydaje się jasna. Nielubiana zarówno przez fanów jak i chłodno przyjęta przez krytykę Release okazuje się być najmniej innowacyjnym krążkiem w karierze nieprzeciętnie przecież utalentowanego zespołu. Fundamental miał dać odpowiedź na wiele ważnych pytań i z góry postawił sam sobie bardzo wygórowaną poprzeczkę. Był nowym ''debiut'' albumem.

Pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku to ''nowe ciemne czasy'' - z takim właśnie przesłaniem wydaje się być nagrany ten krążek. Neil Tennant jak nigdy skupił się na problemach natury społecznej i stworzył świat tekstów pełnych odniesień do historii, wyrażających jednak bolączki współczesnego człowieka. Nie jest to płyta przyjemna, pokrzepiająca, tudzież romantyczna. Już w pierwszym singlu promującym Fundamental (I'm With Stupid) wokalista w bezpardonowy sposób atakuje czołowych polityków odpowiedzialnych za tytułową głupotę, chaos i depresje panującą na świecie, w czasach gdy ów krążek był nagrywany. Nie inaczej narrator przedstawia nam historię w utworze Twentieth Century, będącym ostatecznym rozliczeniem wojny na linii Świat-Irak: ''Nauczyłem się tego obserwując dwudziesty wiek. Czasami rozwiązanie bywa gorsze niż problem''. Komentarz wydaje się być zbędnym. Niezwykle wymowną i krytyczną warstwę liryczną ''schładzają'' muzyczne walory płyty. Zespół postanowił zatrudnić Trevora Horna, znakomita i markowego producenta, z którym podjął już współpracę przy okazji nagrania Left To My Own Devices prawie dwadzieścia lat wcześniej. Horn wypracował unikalne i głębokie brzmienie, takie którego z pewnością brakowało Release i zbytnio naszpikowanemu nowoczesnym trendem bycia house/trance/dance Nightlife. Jak Fundamental długi i szeroki, nie ma praktycznie minuty, która nie obyłaby się bez sekwencji smyczkowej lub innego rodzaju orkiestrowego aranżu. Stąd też opinia o Fundamental jako Art-Popowej lub też Orchestral-Popowej płycie. Brzmienie materiału w prostej linii budzi
skojarzenia ze znakomitym Behaviour, który jak widać doczekał się nieco bardziej ponurej i wymownej wersji po szesnastu latach od swojej premiery.

''Zawsze jest ciemno w Luna Parku'' - śpiewa Tennant, porównując świat do wygasłego wesołego miasteczka, skąd odchodzą ostatnie pociągi, po ulicach spacerują fałszywi wróżbici i szarlatani, a sztucznie ognie dawno zostały wypalone. Wyobraźnia pracuje na wzmożonych obrotach. W dodatku na naszych oczach wyłaniają się jedne z najlepszych kompozycji w historii Brytyjskiego kolektywu. Luna Park przesiąknięty jest pierwszorzędnymi orkiestrowymi wibracjami, a jednocześnie pozostaje ciągle na wpół akustyczną balladą. Pulsująca elektronika i motyw przewodni zagrany na harfie dopełniają potężnego efektu. Balsam dla uszu. Podobnie ''głębokie'' kompozycje można znaleźć tu praktycznie na każdym kroku, weźmy np. jedną z nielicznych czysto miłosnych rozprawek na Fundamental czyli I Made My Excuses And Left. Tak pokrętnie skonstruowanego tracka nie mieli od lat. Prawie dwuminutowe intro skupiające w sobie ''miejski gwar'' przechodzi nagle w przejmujące wyznanie osoby ''trzeciej''. Z kolei traktujące o imigrantach Indefinite Leave To Remain uznaję za najbardziej Brytyjski z dotychczasowych utworów Pet Shop Boys, a przecież tuż za nim znajduje się kończący całość Integral. Protest-song wymierzony przeciwko władzom, które zdecydowały się wprowadzić specjalne karty ID identyfikujące każdego obywatelka Wysp Brytyjskich. Porównania z It's A Sin są nieprzypadkowe, również te dotyczące muzyki. Utwór to prawdziwa bomba, uderzenie dyskotekowego beatu i potężnej kaskady instrumentów smyczkowych. Budzi do życia.

Bogactwo Fundamental nie ma granic. Na Bis zostawiam sobie najlepsze momenty. Schizofreniczny Psychological, kojarzący się z twórczością Depeche Mode i metalicznie-minimalistyczny Minimal. Jeden z bardziej energetycznych numerów, z komputerową recytacją w refrenie wzorowaną na nagraniu Shopping i zimnym dyskotekowym riffem. Nostalgiczne party w przestrzeni i czasie. Ale to mało! ''Sun, Sex, Sin, Divine Intervention, Death And Destruction'' - tak brzmi myśl przewodnia Fundamental, zaczerpnięta z The Sodom And Gomorrah Show - esencji muzycznego uniesienia. Zgodnie z tytułem jest to porcja nieprzyzwoitej zabawy w miastach grzechu, gdzie hektolitry łez, wina i spermy mieszają się w dźwięk prog-popowej nuty. Przepełnione dumą, skandalem, muzyką rockową, disco, ale i pikantnym electro. Pięknie podane na talerzu przystrojonym ironią i czarnym humorem. The Sodom And Gomorrah Show stał się w krótkim czasie absolutnym apogeum koncertów grupy i liczę na pojawienie się go na zbliżającej się trasie.

Panowie Tennant i Lowe stworzyli album przygnębienia i strachu. Najgorsze jest to, że wszyscy wkoło dostarczyli im odpowiednich inspiracji. Wyszedł z tego rodzaj konceptu opiewającego we wszystkie negatywne uczucia swoich czasów - najlepiej konsumować go w całości. Nigdy wcześniej nie mieli w swoim dorobku tak sugestywnej pozycji i pewnie nigdy już nie będą mieli, zważywszy na klimat i tendencje do nabierania optymizmu w kontakcie z ich najnowszym dziełem pod tytułem Yes. Mimo totalnego odseparowania się od muzyki jaką nagrywali w bliższej przeszłości, znów nikt nie powinien mieć wątpliwości widząc na okładce Fundamental napis: Pet Shop Boys. To cieszące, ale i smutne, że ludzie jeszcze nie raz będą wracali do tego uniwersalnego - jak się okaże - pamiętnika naszych szarych czasów w formie audio, zawsze wtedy gdy globalny system będzie walił im się na głowę. Płyta jak najbardziej psychoterapeutyczna.

środa, 18 marca 2009

Pet Shop Boys - Yes - 2009











01 - Love Etc.
02 - All Over The World
03 - Beautiful People
04 - Did You See Me Coming?
05 - Vulnerable
06 - More Than A Dream
07 - Building A Wall
08 - King Of Rome
09 - Pandemonium
10 - The Way It Used To Be
11 - Legacy

''Yes, we’re back''. Jeśli ktoś podejrzewa, że tytuł najnowszej pozycji w dyskografii Brytyjskiego duetu odnosi się właśnie do tego rodzaju stwierdzenia to jest w dużym błędzie. Gdzie bowiem zniknęło Pet Shop Boys? Czy fakt braku tzw. ''heavy rotation'' ich piosenek na radiowych playlistach i w telewizyjnych ramówkach może być jakimś wyznacznikiem w tym wypadku? Neil Tennant i Chris Lowe przez ostatnie lata wydawali się być zbyt zajętymi, aby zwracać na to uwagę. Czym jest bowiem popularność, szczególnie w dwudziestym pierwszym wieku, gdzie niejako z konieczności tytułowy artysta-idol staje się produktem, który często musi przedłożyć ilość nad jakość, a termin przydatności kończy mu się niezwykle szybko?
Pet Shop Boys od kilku lat pozostają ulubieńcami krytyki. Dostarczają im tych rzeczy, których ludzie muzyki nie mogą oczekiwać od klasycznego, przekrojowego artysty z nurtu ''zelektryzowanej'' muzyki pop. Bogatsi o kolejną dawkę doświadczeń, ale również o nagrodę BRITS za całokształt twórczości, po raz kolejny wstępują na parkiet by pokazać swoją wersję nowoczesnego i futurystycznego synthpopu. Za wszystkim stoi krążek Yes, wyprodukowany przy udziale sztabu producentów Xenomania.

Jasny znak dostajemy już na początku. ''Kolego, ciężko jest dogadać się na świecie, w którym żyjemy. Szczególnie gdy słońce nie świeci, a chłopak potrzebuje dziewczyny''. Pierwsze słowa minimalistycznego singla Love Etc. są równocześnie pierwszym wersem tekstu na Yes i zarazem jego mottem. To album o miłości, problemach natury społecznej, walce z rządem, ludziach show-bussinesu. Ten materiał jest rozległym i sięgających wielu gatunków wyznaniem entuzjazmu jakim Pet Shop Boys darzą muzykę, uniwersalną płytą, którą powinien usłyszeć każdy chłopiec i każda dziewczyna na całym świecie – parafrazując tekst utworu All Over The World.
Czym zaskoczyło mnie dziesiąte wcielenie Neila Tennanta i Chrisa Lowe’a? Przede wszystkim jest ''szybko'' – i to nie wybiórczo. Takiej dawki dyskotekowo-elektronicznych pulsów panowie nie sprezentowali fanom od czasów krążka Very (1993). Honoru balladowej twarzy zespołu broni jedynie f.a.n.t.a.s.t.y.c.z.n.i.e zaśpiewany King Of Rome, zaaranżowany dokładnie tak jak kompozycje z pamiętnego Behaviour (1990) oraz opus-magnum Yes -Legacy. Na pół symfoniczny posąg classic popu, który nie nosi śladów żadnej większej syntezatorowej wariacji. Epicki i nietuzinkowy wiersz, odziany w marszową i rytmiczną perkusję i sekcję smyczkową, która jest dziełem Owena Palletta znanego ze współpracy z The Last Shadow Puppets i Arcade Fire. Zawieszony gdzieś między niebem i ziemią, może na kole diabelskiego młyna gdzie rozgrywa się francuskojęzyczny ”most”?
Na drugim biegunie spoczywa słoneczny Did Sou See Me Coming? zdający się być odpowiedzą Pet Shop Boys na nagrania formacji Electronic, ale też i starsze produkcje własnej roboty (np. A Different Point Of View). Jeśli ktoś woli usłyszeć coś mniej stereotypowego dla twórczości Brytyjczyków to zapraszam na szóste piętro, gdzie rozbrzmiewa jeden z efektów współpracy z Xenomanią – More Than A Dream – będący podświadomą kolaboracją z Justinem Timberlakiem i kilkoma innymi twórcami ‘’future-sex popu’’.

Po głębszym wsłuchaniu się w zawartość płyty da się dojść do wniosku, że poszczególne pozycje bronią się na nim wyśmienicie, lecz jako całość nie ma tu zbyt wielu wspólnych mianowników, przynajmniej nie tak wielu jak w poprzednich wcieleniach PSB. Szokować może zestawienie post-Nightlife’owego All Over The Word [gdzie zespół wykorzystał sampel z kompozycji Piotra Czajkowskiego, March From Nutcracker, a z drugiej strony bawi się masywnymi beatami i wygenerowanymi wokalami] oraz hołd dla wytwórni Motown, utopijny w przekazie, wyjątkowo pierwotny, i sięgający do podstaw całej muzyki popularnej Beautiful People. Czy to działa na plus czy minus w tym wypadku? Rozstrzygnięcie tej kwestii pozostawiam tobie drogi słuchaczu i czytelniku.

I jeszcze na moment wróćmy do warstwy lirycznej. Osobiście uznaje ten temat za najmniej udany w porównaniu do innych walorów jakie można spotkać w każdym odcinku Yes. Zdaje się, że zespół postanowił dotrzeć tymi tekstami do mniej wymagającej grupy, pozostawiając jednocześnie duży niedosyt fanom liczącym na sonety i epopeje pokroju The Sodom And Gomorrah Show lub też Being Boring. Nawet tak dobrze wypracowany przez lata motyw socjologiczny sprowadza się tym razem do komentowania związków celebrities (rozgrzane do czerwoności Pandemonium – największy ”stormer” od czasów Always On My Mind) i narzekań na świat osób z wyższych sfer, do których rzecz jasna droga jest zwykle zamknięta (Beautiful People i b-side do singla Love Etc., Gin And Jack).

Nie powinno tak być, ale to Neil Tennant i Chris Lowe znów mają za zadanie odświeżyć oraz ''przepchać'' rynek grania rozrywkowego. W czym tkwi sekret, że młodsi o kilkanaście lat koledzy i koleżanki po fachu prawdopodobnie po raz kolejny będą oglądać plecy Brytyjczyków? Nie mają konkurencji czy też są po prostu tak dobrzy? Prawda jest jak zwykle ukryta pośrodku. Kampania promująca ‘’Płytę na Tak’’ zdaje się być najbardziej rozległą od czasów…od niepamiętnych czasów w historii duetu. Kiedy bowiem nie próbować – może po raz ostatni – dotrzeć do świadomości większej liczby odbiorców niż przy okazji tak bogatej i mającej komercyjny zmysł płycie? Szczególnie, że jest się czym pochwalić. Ten zespół to nieskończona kopalnia wielokaratowej muzyki co udowodnili nagrywając jeden z najlepszych numerów w karierze. Melancholijny, rozżalony i gniewny The Way It Used To Be – wielowątkowa alternatywa dla klubowego grania z wymownym tekstem pełnym trafnych metafor: ''Don't give me all your love and pain, don’t sell me New York in the rain''.
Ćwierć wieku na scenie to wystarczający czas by zrobić wszystko w celu osobistego spełnienia w roli kompozytora, szczególnie w tak trudnej do przepłynięcia i rwącej rzecze jaką jest pop. Oni tego już dokonali, ale dwudziesty szósty rok działalności zapowiada się równie wspaniale. Jestem na ''Yes''.

PS – Krążek posiada swoje alter ego w postaci bonusowej płyty o tytule Etc. Znajdują się tam dubowe miksy wybranych kompozycji plus nowy utwór (niesłusznie pominięty na podstawowym wydaniu) - This Used To Be A Future - z gościnnym udziałem Philipa Oakeya z The Human League.



sobota, 28 lutego 2009

U2 - No Line On The Horizon - 2009










01 - No Line On Te Horizon
02 - Magnificent
03 - Moment Of Surrender
04 - Unknown Cellar
05 - I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight
06 - Get On Your Boots
07 - Stand Up Comedy
08 - Fez - Being Borin
09 - White As Snow
10 - Breathe
11 - Cedars Of Lebanon

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób przestało podchodzić do muzyki formacji U2 poważnie. Pędząca machina konsumpcjonizmu i nowoczesne uzależnienia odbiły się również na członkach legendarnej grupy z kraju Św. Patryka [autor daje w tym momencie extra-pauzę, aby czytelnik mógł sam zastanowić się nad tym jak to było z tym U2 w ostatnim czasie...tak, Bono się narzuca pierwszy na myśl] nie dając już możliwości tworzenia oraz stworzenia czegoś proporcjonalnie dobrego co do statusu zespołu. Sam powoli powątpiewałem czy uda się uniknąć w najbliższej przyszłości obrazku, na którym czwórka otyłych facetów wyleguje się do południa w hotelowym apartamencie i podpisuje bezmyślnie kolejne papierki inkasując swoje ''trzy grosze'' za kolejny koncert - na którym, co trzeba dodać - nie obejdzie się bez kilku światowych haseł. Kto im jednak wtedy jeszcze uwierzy w słowa ''One love, one life'' jak nie fani.
Zachwycony innowacyjnością Achtung Baby, rozmachem eksperymentu Zooropy i obserwujący przez kolorowe szkiełka albumu Pop to, co dzieje się na zewnątrz, zauważyłem w końcu upadek symbolu rocka. Dwie płyty poprzedzające No Line On The Horizon to nic innego jak przywołanie rozbrykanego chłopca do porządku i klaps od wytwórni, która od teraz pokaże jak grać w 21 wieku by nie tracić pieniążków.

Nie podszedłbym bym aż tak obojętnie do dwunastej płyty U2, gdyby na ostatnich wydawnictwach Irlandczyków pojawił się choć jeden taki piorun jak utwór tytułowy. Nie trzeba być U2-logiem, aby wyczuć nawiązania do przełomowych krążków z lat dziewięćdziesiątych. Gęste tło, siarczyste gitary nie wychodzące jednakże poza ustalony ''klucz'' oraz świetna elektronika zdająca się poruszać ruchem sinusoidalnym, zmieniająca natężenie i barwę. Granice się zacierają. Wchodzimy na ''wyższy'' poziom. Chciałoby się rzec ''magnificent''. Zanim jednak przemyśli się taką opcję, to z głośników już zaczyna wybrzmiewać utwór o takim właśnie tytule. Znów trafiony-zatopiony. Tytuł określa utwór tak doskonale jak kilkanaście lat temu Discotheque wpasowało się w Discotheque, a Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me mroziło krew w żyłach. Długie, skandowane przez perkusję intro zaczyna najlepszy utwór zespołu od dobrych kilkunastu lat. Piszę to z całą odpowiedzialnością. Magnificent ma wszystko. Znów pojawia się intymna elektronika, - sprowadzona do najprostszych akordów na poprzednich pozycjach w dyskografii U2 - przestrzenne gitary zaczerpnięte z płyty The Joshua Tree i dużo, dużo, dużo nostalgii (ten most!) spowijającej ten bardzo osobisty numer ''I was born. I was born to be with you, in this space and time'' - to do każdego z nas.
Podobną konstrukcję emocjonalną mają kolejne kawałki, z tym, że to już nie ta sama klasa. Basowy Moment Of Surender i Unknown Cellar, któremu chyba najbliżej do tych ostatnich utworów z okresu chociażby How To Dismantle An Atomic Bomb?.

Im dalej przesuwamy suwak po trackliście tym horyzont staję się niestety mniej wyraźny - parafrazując tytuł. No Line On The Horizon to płyta znacznie bardziej wyciszona niż można było się tego spodziewać po premierze swingującego singla Get On Your Boots (tak na marginesie - wkomponowany w całość brzmi lepiej niż solo). ''Pokutne'' klimaty towarzyszą mi cały w postaci rozedrganych gitar w White As A Snow czy też recytatorskiego popisu Bono w kończącym album Cedars Of Lebanon. Problem w tym, że we wszystko wkradać zaczyna się element znużenia i przesadnej hibernacji. Pomaga w tym momencie naszpikowane instrumentami (skrzypce, klawisze, dzwonki...) Breathe siegąjące gdzieś pomiędzy pierwsze płyty formacji, a milenijny album All That You Can'r Leave Behind.
Innym, osobnym wątkiem jest produkcja. Jest dobrze, wręcz bardzo dobrze. Brzmienie jest jednolite, instrumenty pracują ze sobą na tych samych obrotach, a rozłożenie pojedynczych dźwięków w przestrzeni wypada zgodnie z założeniami. Brian Eno to przecież ''ten gość z reżyserki ''.

Nie postawiłbym wcześniej bym dużej sumy pieniędzy na to, że No Line On The Horizon okaże się najlepszą płytą U2 od prawie piętnastu lat. Tym bardziej cieszę się, że jestem zobowiązany wystawić im taką rekomendacje. Żałuję tylko, że nie czuć atmosfery miejsca gdzie odbywała się jedna z sesji nagraniowych - bo ja naprawdę chciałem usłyszeć coś co świadczyłoby o produkcji made in Maroko. Czasem coś nie wychodzi (toporne Stand Up Comedy), ale największym sukcesem jest to jak muzycy oduczyli się klonowania swoich własnych piosenek i to w obrębie tych samych płyt co gorsza. Sądzę, że do podobnych wniosków doszedł Bono, który sam śpiewa w utworze I'll Go Crazy, If I Don't Crazy Tonight, że czas na zmiany i choć są one trudne i powolne to jednak muszą nastąpić. Wniosek - Przydało się chłopakom zwariować.





poniedziałek, 16 lutego 2009

Afro Kolektyw - Połącz Kropki - 2008










01 - Chciałbym Umrzeć Zagłaskany Na Śmierć (Seksualna Czekolada II)
02 - Przepraszam
03 - Mężczyźni Są Odrażająco Brudni i Źli
04 - 99907 4:15
05 - Łzy W Uszach 4:02
06 - Bardzo Miło Z Mojej Strony
07 - Ostateczne Rozwiązanie Naszej Kwestii
08 - Najlepszy Informatyk W Mieście
09 - Mozart Pisał Bez Skreśleń
10 - Warschau Breslau Lemberg
11 - Będę Was Bić Mocno i Długo
12 - Połącz Kropki


''Na Afro Kolektyw trafiłem całkiem przypadkiem''...Tak to powinno brzmieć w ustach zaangażowanego undergroundowca, miłośnika elektronicznych westchnień spod znaku Junior Boys, rockowego temperamentu Nicka Cave'a albo zamarzniętej - jak kraina z której pochodzi - Bjork. No bo (zdań nie zaczyna się od ''no'' - ale to będzie i tak całkiem przewrotna recka) odkąd to słuchanie artystów rodzimej sceny hip-hopowej wiązało się z hedonistycznym uczuciem przyjemności przez duże ''H'', a liryczne przesłanie naszych kochanych, wygolonych na łyso chłopców chłonęło się z intensywnością Inowakcji ''Pana Tadeusza''?
Faktycznie. Panowie z Warszawskiej formacji Afro Kolektyw nie muszą narzekać na powiększające się zakola czy też problem z niedoborem witamin A i E, ale śmiem podejrzewać, że nie tylko w tym tkwi ich wyjątkowość i słowo'' sukces'', którym zobowiązuje się podpisać ich najnowszy album Połącz Kropki. Od razy uprzedzam, że nie naszedł mnie również syndrom ''głupawki post-Animal Collective-owej'', a Polska ma prawo się pochwalić swoim kolektywem, kolektywem hip hopowo-jazzowym.

Sam pomysł na granie muzyki DJ-a Holywooda i acid-jazzu to idea, która wydała mi się niezwykle oryginalna. Efekt przerósł moje papierowe oczekiwania. Afro Kolektyw jest bodajże pierwszą formacją tego nurtu, która w moim skromnym przekonaniu potrafi zachować zdrowe proporcje między melorecytatorstwem, a umiejętnością zakręcenia słuchaczem. Weźmy pierwsze z brzegu - auto-wielbiące - Chciałbym Umrzeć Zagłaskany Na Śmierć (Sexualna Czekolada II). Już nie skupię się na zabawnym i celnym tekście gdzie frontman zespołu stawia się w roli czwartej osoby Boskiej, ale zwrócę raczej uwagę na niezwykle ''listener-friendly'' refren z podprowadzonymi gdzieś z backgroundu trąbkami i na klimatyczne, eklektyczne outro. Jeszcze bardziej wyraziście w tej kategorii brzmi Najlepszy Informatyk W Mieście, który posiada nawet czyste i przebojowe harmonie wokalne!. To, że bliżej jest Afro Kolektywowi do Jamiroquaia i jego najbardziej trafnych nut z połowy lat 90, niż do klasyków tradycjonalnego jazzu można stwierdzić po wsłuchaniu się w elektryzujące 99907 (coś o ''idealnym'' związku w stylu dub z niezwykle zimnymi syntezatorami) czy też Warschau Breslau Lemberg - następna pieśń pochwalna, tym razem złożona w hołdzie miastu stołecznemu Warszawa. Podczas słuchania Połącz Kropki jestem w stanie zaakceptować nawet (o ironio!) pierwszego singla promujące płytę - Przepraszam, który budzi moje skojarzenia z szerzej nieznanym pseudo-raperem Norbim. Numer tak ironiczny, że aż słodki!

Prawdę powiedziawszy pierwsze spotkane z Afro Kolektywem w wersji 2008 zaliczyłem słuchając pewnej studenckiej rozgłośni, która całkiem słusznie (jak się teraz okazuje) zaliczyła Połącz Kropki do najważniejszych płyt ubiegłego roku, nie dodając nawet, że to tylko wśród ojczystych krążków. Wtedy wybrzmiał kawałek, który absolutnie przybija mnie do klawiatury i dodaje maksymalną-zalecaną dawkę energii i mobilizacji do pisania tych słów. Mężczyźni Są Odrażająco Brudni I Źli - bo o nim mowa - nie mógł nie zwrócić na siebie uwagi skoro rozpoczyna się od typowej Portisheadowej zagrywki z organami w stylu noir i zręcznie śmigającą perkusją. Ale kamieniem milowym jest tutaj tekst: ''W dniu w którym dojrzejesz biologicznie, spotkaj się ze mną w bocznej uliczce, mam to wypisane na twarzy, mężczyźni są odrażająco brudni i źli''. Obrazy same cisną się na myśl, nieprawdaż? Skoro jesteśmy już przy poetyckiej stronie albumu trzeba nadmienić iż Afro Kolektyw wbrew pewnym utartym stereotypom potrafi zarówno zażartować z siebie, z twojej babki, z ciebie samego, ale też gładko i bez ceregieli rozprawia się z absurdami rzeczywistości. Czasem jest wulgarnie, ale w normie. I tak nikt nie obiecuje płyty na romantyczny wieczór we dwoje...
Kończąc konwent z Połącz Kropki lubię nieco zmienić podstawową playlistę. Zaczynam od szalonego Mozart Pisał Bez Skreśleń gdzie nie brakuje ani dyskotekowego beatu, ani plemiennych brzmień, ani też skrzypiec klasycznych i usuwam z tracklisty dosyć kakofoniczny, trochę nieudany song tytułowy na rzecz kawałka Łzy W Uszach - numer vocoder, numer z ''pięknym głosem'' i zakończony dwutorową solówką na gitarze!, najpierw elektrycznej, a potem akustyku...

Afro Kolektyw nie tylko wydał mi się projektem wyjątkowym pod każdym tego słowa znaczeniem jeśli chodzi o rynek na jakim się obraca, ale po raz pierwszy przekonał mnie do treści jaką powinna nieść ze sobą każda hip hopowa płyta z górnej półki. Różnorodność formy to ich siła. Raz potrafią być niezwykle słodcy i uprzejmi, by za chwilę w kolejnej zwrotce zaprzeczyć wcześniejszym postulatom nawiązując pewien rodzaj dialogu z samym sobą (Będę Was Bił Mocno i Długo). Nie ma tu monotematyczności. Zespół na całe szczęście nie piętnuje jednej wybranej przez siebie instytucji czy zjawiska, ale zahacza po trochu o każdy mniej smakowity i udany kawałek tortu III RP. Tu warto przytoczyć słowa ''medialnej'' piosenki jaką jest Bardzo Miło Z Mojejj Strony: ''Jeden wielkie syf''. Może i na dłuższą metę braknie mi w tej płycie wystarczającej ilości groove'u i melodii (ok, jestem obecnie pozytywnie zaskoczony, ale wady są owszem - nie chcę jednak psuć tego ładnego wywodu), a teksty wydadzą się jedynie kolejną kombinacją kodów jakie docierają do nas ze wszystkich stron - i nie trzeba być poetą by znać te prawdy - ale z przyjemnością stwierdzam, że połączyłem kropki i nie uważam by wyszła z tego jakakolwiek karykatura, nawet mimo moich ujemnych zdolności plastycznych.



piątek, 23 stycznia 2009

Pet Shop Boys - Release - 2002










01 - Home And Dry
02 - I Get Along
03 - Birthday Boy
04 - London
05 - E-mail
06 - The Samurai In Autumn
07 - Love Is A Catastrophe
08 - Here
09 - The Night I Feel In Love
10 - You Choose

W 1999 Pet Shop Boys wprowadziło muzykę klubową na wysokie miejsca na listach przebojów i było jednym z głównych ogniw, które dziś są odpowiedzialne za tak duże ''zmechanizowanie'' dźwięków, krążących po wszystkich światowych parkietach. Sam zespół, znany z dość konserwatywnego podejścia do popu nie chciał jednak podążyć za swoim wynalazkiem i po raz kolejny z lekka zniesmaczyć swoich oddanych fanów. Wszystko przecież wskazywało na to, że zespół niedługo będzie organizował wspólne trasy koncertowe z artystami pokroju Daft Punk.
Zamiast tego, Neil Tennant i Chris Lowe podnieśli kotwicę i gdzieś w 2002 roku przybili do spokojnych i niczym nie zmąconych brzegów płyty Release.

Skłoniła ich do tej decyzji zapewne chęć dalszego eksperymentowania, bo łącznie z Release, ostatnie trzy płyty różniły się tak diametralne, że można by przypisać je różnym artystom - i to niestety nie będącym w szczytowej formie. Nie oszukujmy się. Czas na gitarowe granie musiał połknąć i Pet Shop Boys. Mało jest fragmentów na Release gdzie Johny Marr (Tak, ten od The Smiths) nie użycza swojej gitary akustycznej sygnując tym samym najbardziej widoczne i słyszalne motywy. Melancholijny London, przyprawione mocniejszymi riffami Birthday Boy czy przede wszystkim zadziorny i agresywny Love Is A Catastophe (najlepszy na płycie) to cieszące ucho przejawy jednego z największych transferów w obrębie ligi pop i rocka. Brytyjczycy jednak nie byli nigdy stadionowymi-wyżeraczami, więc całe to zamieszanie odbywa się jedynie na płaszczyźnie ballad. To pierwsza uwaga, którą można przytknąć Release. Nie ma przy czym potańczyć! Gdy zespół decyduje się już na pójście za konwencją Nightlife wychodzą z tego przedziwne elektroniczne karykatury (The Samurai In Autumn) albo trochę nieumiejętnie wyprodukowane tributy słane w stronę Erasure (Home). Dla nieprzyzwyczajonego do ponurych i skromnie nabitych dźwiękami utworów, Release może być twardym do zgryzienia orzechem. Daję jednak słowo, że zębów na niej nie połamiecie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że chociaż w sposób bardzo prosty i pierwotny, to Release potrafi dostarczyć naprawdę dobrej zabawy, choć z niego innej beczki niż dotąd. Wystarczy wsłuchać się w ''pastelowe granie'' w You Choose czy najbardziej zaangażowany jak dotąd tekst grupy o homosexualizimie (zalatujący folkową nutą, ale skrywający również ten dobrze znany beat The Night I Feel In Love). Całość wieńczy przebój Home And Dry czyli Release w kostce w 5 minut. Wystarczy podgrzać głośniki i w kilka chwil mamy znakomity numer.

Zgodnie z refrenem piosenki, którą każdy strapiony nerwus powinien mieć ustawioną jako dzwonek budzika (niezwykle pozytywny, pełen cudownych harmonii I Get Along), Pet Shop Boys dają radę. Jakie dodam jej przypiski do katalogu?
- Release to być może najbardziej przyjemna płyta do słuchania w dyskografii duetu.
- Nie trzeba polemizować z opiniami twierdzącymi, że to raczej album z półki ''płyty z nagraniami innych artystów''.
- Każde zdrowe ucho stwierdzi, że Release nie wniosło nowej jakości do kręgów pop/rocka, tak jak się tego można było spodziewać.
Zakładam, że to kolejny powód dyskryminacji tej płyty w czasie swojego wydania. Pomysł Pet Shop Boys na swój mały rockowy kącik okazał się czymś obrzydliwie pospolitym. W każdym razie teraz, po latach tułaczki, wydaje się bardzo naturalnym końcem niepewnych ruchów, jakie zespół wykonywał by skierować się znów na najwłaściwszą sobie drogę synthpopu.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand - 2009











01 - Ulysses
02 - Turn It On
03 - No You Girls
04 - Send Him Away
05 - Twilight Omens
06 - Bite Hard
07 - What She Came From?
08 - Live Alone
09 - Can't Stop Feeling
10 - Lucid Dreams
11 - Dream Again
12 - Katherine Kiss Me

To nie był tak do końca wieczór Franz Ferdinand, tak jakby mogłaby to sugerować nazwa wymalowana na okładce trzeciej studyjnej płycie Brytyjczyków. Co z tego, jeżeli bilety na występ zarezerwowano już dawno (wydanie albumu zaplanowano na drugą część 2008 roku), a kolejki ustawiały się przed lokalem na długo zanim płyta nabrała dobrze znanych dziś kształtów (cztery lata rynek post-punk revival i indie rock czekał na swoich zbawicieli z Glasgow). Kiedy już wszyscy zgromadzili się pod sceną, zamiast nieprzyzwoicie rozpierdalających refrenów, z głośników poleciało kakofoniczne abecadło elektroniki tylko przykryte z wierzchu bardzo nikła powłoką gitar. Wielu gości wyszło, ktoś krzyknął, że zdradzili, inny poradził korepetycje u samego Briana Eno. A jak ja spędziłem ten wieczór?

Przerywając tą zainspirowaną tytułem opowieść klasy ''B'', muszę przyznać, że z Tonight: Franz Ferdinand faktycznie najlepiej radziłem sobie wieczorową porą. Wynika to pewnie z dość przeciętnie przebojowego wizerunku całości oraz jego nadzwyczaj ciemnego charakteru. Alex Kapranos, który zapowiadał wielkie rewolucje, ostatecznie pozostał jedynie przy pomyśle ''zelektryzowania'' brzmienia co i tak może okazać się dla kilku osób niezwykle wyrachowanym i przyprawiającym o palpitacje serca ruchem. Pod koniec lata 2008 zespół umiescił na soundtracku do gry NFL 09 swój pierwszy premierowy numer - Lucid Dreams - który nie wykazywał większych oznak zmęczenia materiałem z You Could Have It So Much Better. Lucid Dreams kilka tygodni później zostało oficjalne włączone w skład tracklisty nowego albumu. I co? Osobiście przeżyłem i jestem świadkiem jednej z większych transformacji jakie zdarzyły się w ostatnich latach. Z niepozornego barowego numeru powstał prawie ośmiu minutowy (!) monolit z bardzo pokręconym basem, pełnym elektronicznego bulgotu tłem i wariacko jammowaną końcówką - przez cztery ostatnie minuty słychać coś co przypominać mogłoby próbę nagłośnienia przed koncertem gwiazdy electro clash. Skoro wyszedłem z tej próby pozytywnie naładowany to przystąpiłem do dalszego odsłuchu.

Po kolei: Ullysses to pierwszy singiel. Promocja zrobi co do niej należy, ale gdyby Franz Ferdinand był w tym momencie debiutantem wyjętym prosto ze środka wkładki NME, to skazani byliby na otchłanie Uk Singles Chart i ewentualnie playlistę z symbolem C w BBC Radio. Nie znaczy to, że ja tego nie kupuję. Wręcz przeciwnie. Niezły groove przeplata się tu z kolejną dawką tej najeżonej i bardzo kąśliwej palety dźwięków z komputera, a całość podana jest w formule disco z przełomu lat 70/80. Tradycjonaliście z pewnością wymuszą na wytwórni Domino wydanie na 7'' kompozycji Turn It On, która oprócz Katherine Kiss Me (akustyczny rozczulacz na koniec) wydaje się być ostatnim bastionem dawnego stylu kwartetu. Jeszcze inną, acz niewielką grupę, stanowić będą przypadkowi odbiorcy, którzy na przykład będą chcieli zgodnie z zapowiedziami frontmana Szkotów usłyszeć ten kawałek gdzie Paul Thomson wybija na bębnach rytm za pomocą ludzkich kości. Podejrzewam, że nie może być to w pełni akustyczne Katherine Kiss Me (właśnie o nim mówiono w ten sposób), więc stawiam na No You Girls (gdzie motyw całowania pojawia się w sporej dawce). W każdym razie brzmienie ludzkich kości nie jest tak imponujące jak się spodziewałem.
Fajny, mocny beat, bardzo ''gruby'' - ale to wszystko. Do tego momentu jest wręcz bardzo dobrze. Takim highlightsem na miano Walk Away z poprzedniej płyty jest dla mnie Twilight Omens przeszywający mnie co chwilę wybitnie mdłym (w pozytywnym sensie i w stylu retro) wejściem klawiszy i innym chwytem za konsolety, cukierkową grą w głównej ścieżce utworu.
Impet spada wraz z nadejściem Dream Again czy What She Came From (niesłusznie wyniesionego na piedestał przez prasę i uznanego największym osiągnięciem FF w tym momencie swojej kariery). Live Alone obracające się w świecie Soft Cell i równie miękkiego Visage też nie przypadło mi do gustu.

Nie jestem przekonany czy sklasyfikować ten twór jako najgorszą rzecz w historii Franz Ferdinand. Nie chciałbym im wszak psuć opinii. Prawda leży po środku - mam wrażenie, że do niej dotarłem. Mianowicie: Wielki szacunek za przekonanie mnie, że indie rockowa grupa jest w stanie skręcić w (chyba) słusznym kierunku i nie skazywać się z góry na kopiowanie kopii swojej kopii przez następne lata działalności. Korzystając z tego, że wciąż są ikoną (młodą, ale jednak) sceny niezależnej może uchronią kilka tysięcy dzieciaków przed takim stereotypem kariery. Pomysł jest dobry, ale (i tu pojawia się TO ''ale'') wymaga dopracowania i kolejnej/ych płyt utrzymanych w podobnym schemacie. Wydaje się, że najgorsze co Szkoci mogliby teraz zrobić to przepisać najbardziej chwytliwe akordy z pierwszych dwóch płyt i porzucić nowe wyzwania jakie wciąż przed nimi. Co do stracenia ma zespół, który ma już na swoim koncie najważniejszą nagrodę muzyczną na świecie (Mercury Prize Awards), natomiast za sobą dawno pozostawionych nieudaczników z Kaiser Chiefs i Babyshambles? Ja już zaczynam odliczenie do nowej płyty. Tomorrow: Franz Ferdinand.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Morrissey - Years Of Refusal - 2009











01 - Something Is Squeezing My Skull
02 - Mama Lay Softly On The Riverbed
03 - Black Cloud
04 - I'm Throwing My Arms Around Paris
05 - All You Need Is Me
06 - When I Last Spoke To Carol
07 - That's How People Grow Up
08 - One Day Goodbye Will Be Farewell
09 - It's Not Yourt Birthday Anymore
10 - You Were Good In Your Times
11 - Sorry Doesn't Help
12 - I'm Ok By Myself


Może wyda się to zgoła naiwne, ale zwykłem wierzyć w słowa Morrisseya, który przez ostatnie kilka miesięcy wypowiadał się w samych superlatywach na temat swojej dziesiątej studyjnej płyty (Years Of Refusal). Trudno mu się nie dziwić, skoro Amerykański oddział wytwórni Decca kompletnie zawalił promocję krążka Greatest Hits i miał - kolokwialne mówiąc - w nosie dalszą współpracę z Morrisseyem. Osobiście nie miałem sumienia wątpić w postać, która przez ostatnie dwadzieścia pięć lat była jednym z głównych pisarzy ''muzycznego niezbędnika''. O zasługach w The Smiths wspominać nie będę, bo to osobna bajka, ale solowo sprowadził on muzykę popularną do statusu ''sztuki'', przecząc jednocześnie jej chorej mutacji na listach przebojów.

Years Of Refusal to opowieść o dojrzewaniu i przemyśleniach jakie nachodzą Morrisseya po latach spędzonych na scenie. Jest też oczywiście moment na miłość, tym razem przedstawiony zarówno w kolorze (All You Need Is Me) jak i bardziej ponurej scenografii (One Day Goodbye Will Be Farewell). Nie, to nie pomyłka. All You Need Is Me jak i inny, znany już od kilku dobrych miesięcy That's How People Grow Up, znajdują swoje miejsce na tym i tak stosunkowo krótkim krążku. Bulwersuje mnie fakt, że producent Jerry Fin nie postarał się nawet przearanżować ich z wersji jakie wszyscy znamy z Greatest Hits. W tym momencie Years Of Refusal trwa już tylko 37 minut, a cały ten chwyt marketingowy nie wydaje się przekonujący, szczególnie ze strony widzenia pospolitego fana. Może faktycznie Steven Patrick przeżywa twórczą zapaść? W końcu materiał tak skrupulatnie zbierany pod szyld Years Of The Refusal został skończony grubo ponad rok temu (!), później zostały jedynie dokończone miksy utworów w studio w Los Angeles. Na przełamanie tego sądu można wszakż posłuchać znakomitego pierwszego singla - I'm Throwing My Arms Around Paris. Od chwili swojego powrotu na scenę w 2004 roku, to właśnie takimi łapiącymi za serce numerami, udawało się Morrisseyowi znaleźć we mnie swego przyjaciela. Równie melodyjny i rozbujany jak Irish Blood, English Heart i błyskawicznie uzależniający na wzór In The Future When All's Well. Uwagę bezpowrotnie przykuwa też Something Is Squeezing My Skull, jeden z bardziej dynamicznych numerów artysty w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Niestety, jeśli w kompozycji na Years Of The Refusal brakuje siły przełamania na tyle by wryła się na pamięć jak fraza z powyżej opisanej piosenki (don't give it anymore!) to natychmiastowo pojawia się efekt deja-vu.
Kiedy po ogromnym komercyjnym i artystycznym sukcesie płyty Vauxhall And I, Morrissey nagrał dwie kolejnej płyty, musiał odejść na przedwczesną emeryturę, z której wrócił w 2004 roku przedstawiając swobodne i bezkompromisowe granie zbliżone do tego z początków swojej kariery solowej. Ten patent już wygasa. Nowy album zdaje się być odrobinę mniej płodnym w przeboje i równe piosenki z całej trylogii, w której skład wchodzą jeszcze dwa longplaye (You Are The Quarry z 2004 i Ringleader Of The Tormentors z 2006 roku), z których brzmieniem jest mu po drodze i nie wykazuje większych chęci do stania się na na ich tle czymś nowatorskim i ekstremalnie ambitnym. Weźmy When Last I Spoke To Carol czy You Were Good In Your Times - zalatują z lekka odrzutami z sesji do ROTT, a przeciąganie ich o dobre kilkanaście sekund w celu ''napojenia'' jakimś zbędnym outro zakrawa o fuszerkę na zlecenie wytwórni, której żal było zostawiać puste miejsce na płycie CD. Za urozmaicenie warstwy instrumentalnej mają z założenia być odpowiedzialne gitary a'la ''flamenco sound'', tylko, że efekt tych niewątpliwych zmian kończy się jakby jedynie na deklaracji - ''Widzicie, ja też umiem obsługiwać taki sprzęt''. Gdzie indziej Morrissey pozostaje tradycjonalistą, ale nie zawsze potrafi ułożyć rozsypankę kilku poszczególnych (i świetnych!) motywów tworząc jeden zwarty kolektyw (Black Clouds). Trochę rzadziej niż zwykle można się zasłuchać na amen, tak jak w końcowej części Mama Lay Softly On The Riverbed, które sprytnie i bezczelnie wykorzystuje fakt, że mam słabość do patosowych hymnów i marszowego dudnienia na perkusji - drugi raz ten zabieg zostaje wpleciony między wersy One Day Goodbye Will Be Farewell.

Współkonstruktorzy nagrań nie wykazali wystarczającej inwencji twórczej, pozostawiając Morrisseya jedynie ze swoim znakomitym głosem, bezapelacyjnej jego największym skarbem. Zapewniam, że moje narzekanie ma charakter czyto dopingujący i motywujący.To przecież dobra płyta. Piszę o tym całkiem niedługo po finalnym odsłuchu numer trzy czy cztery. Jeśli w przyszłości zmienię zdanie, z pewnością dam Wam znak, ale czy Morrissey nagrywał kiedyś płyty, które miały oświecić słuchacza dopiero po głębokim przestudiowaniu każdej nuty, sekundy i taktu? Były to tzw. ''długodystansowce''? Nie, to nie ta liga...a jeśli jesteśmy już przy rozgrywkach ligowych, to proponuję twórcy tej płyty grę w barażach o muzyczne puchary i kilka transferów dla wzmocnienia linii pomysłów. Drugie Years Of The Refusal już nie wypali, a ja nie chcę wziąć udziału w masowym paleniu jego płyt śpiewając przy okazji refren jednej z nowych piosenek - ''Byłeś dobry...swego czasu''.
Proszę rozważyć te słowa Mr. Morrissey.