środa, 18 czerwca 2008

PJ Harvey - Is This Desire? - 1998











01. Angelene
02. The Sky Lit Up
03. The Wind
04. My Beautiful Leah
05. A Perfect Day Elise
06. Catherine
07. Electric Light
08. The Garden
09. Joy
10. The River
11. No Girl So Sweet
12. Is This Desire?
Muszę się powstrzymać i nie zapełnić w całości tej recenzji podziękowaniami dla życzliwych mi osób, które poleciły mi zapoznanie się z jedną z najlepszych....napiszę, że nawet najlepszą artystką ostatnich lat. W momencie pisania tych słów mijają już dwa dni od Warszawskiego koncertu PJ Harvey na którym nie dane mi było być i nad czym to ogromnie ubolewam. W zamian za to rzuciłem się w wir jej magicznych pozycji z dyskografii i na dzisiejszy temat zajęć wybieram coś nie za mocnego, a jednocześnie nie będzie to na pewno White Chalk. Potulnie nie będzie.

Is This Desire? Jak sama zainteresowana wielokrotnie mówiła to ważny album z kilku względów, chociażby w powodu rozpadu jej związku z inną ikoną muzyki ostatnich lat Nickiem Cave’em. Łatwo więc się domyśleć, że teksty nie będą tutaj super-hurra-optymistyczne. Jest to też jej ulubiony krążek. ’’Tworzyłam (jak dla siebie) bardzo trudną muzykę, bardzo eksperymentalną, nigdy wcześniej tak nie grałam i dlatego jestem tak dumna z Is This Desire?. To najlepsza rzecz jaką zrobiłam...i może jaką dane mi było zrobić’’.

Pozwolę się nie zgodzić z tymi ostatnimi linijkami wypowiedzi, bo jak dla mnie kultowym momentem jej kariery jest raczej album Stories From The City, Stories From The Sea, ale to inna historia. W każdym razie faktycznie, PJ odsunęła nieco na bok wizerunek gwiazdy grającej ciężką w odbiorze, typową rockową muzykę wspomaganą czasem nie do końca profesjonalna produkcją w celu osiągnięcia lepszego efektu. Na Is This Desire Polly zaczyna zabawę z elektroniką (The Wind, Joy – po samym początku to brzmi nawet na jakieś rasowe Depeche Mode - albo No Girl So Sweet). Ten zabieg oczywiście wyszedł artystce na dobre. Utwory są przez to po prostu ciekawsze, pełne głębi i....bardziej chwytliwe co też ma znaczenie. To właśnie wspomniany The Wind trafił jako drugi singiel promujący dzieło do rozgłośni radiowych na początku 1999 roku. Wcześniej jednak PJ postanowiła, że płytę promować będzie coś co przypomina trochę wcześniejsze nagrania – mowa o jednym z mocniejszych punktów płyty (zarówno mocnym muzycznie jak i moim osobistym faworycie), utworze A Perfect Day Elise. To jednak nie single są prawdziwymi skarbami płyty. Zanim dojdę do największego trzeba koniecznie zatrzymać się już na samym początku. Komu podobał się utwór Angelene, który został zaprezentowany rok temu w Teatrze Roma ma potrzeby płyty MTV Unplugged przez zespół Hey z gościnnym udziałem Agnieszki Chylińskiej, ten z pewnością jeszcze bardziej pokocha oryginał. Genialne organowe tło (pojawi się znów w numerze ósmym – The Garden), akompaniament fortepianu i głos PJ, który z minuty na minutę staję się coraz silniejszy prowadząc nas do finału. Trudno mi napisać o czym myślę słuchając tego numeru...chyba o tym by ktoś-kiedyś tworzył jeszcze tak piękne piosenki. Angelene to trzeci, ale tylko promocyjny singiel z płyty. Drugim, najważniejszym utworem na Is This Desire? jest kompozycja The River. Zanim jednak do niej dojdziemy płyniemy przez morze dźwięków jakie funduje nam Polly. Początek płyty to prawdziwy mieszaniec. Spokojniejsze momenty graniczą z dość demonicznie brzmiącymi i krótkimi The Sky Lit Up i My Beautiful Leah (te klawisze!). Jest też ''dudniące'' i mocno basowe Catherine w którym to całkiem przyjemny motyw wyłania się z początkowego ''cichego hałasu'' (tak, tak, tak! Dokładnie o to mi chodzi! – jeśli chcecie wiedzieć co mam na myśli.....pozostaje tylko posłuchać płyty). Szkoda, że przed apogeum albumu pojawia się wyprany chociażby z odrobiny melodyjności, zagrany tylko i wyłącznie na basie Electric Light, który można potraktować trochę jak interludium albo jakiś hidden track. The River stało się moim ulubionym numerem już za pierwszym przesłuchaniem. W tym momencie jest to również najściślejsza czołówka numerów PJ, a co za tym idzie – top wszechczasów. Dosyć przygnębiający utwór – ''Like a pain in the river and the pain in the'' oparty na cudownym motywie fortepianowym, głębokim basie i w kilku miejscach kapitalnie wpasowującej się w całość sekcji dęciaków – naprawdę do szczęścia nie trzeba nic więcej. Swoją drogą teksty związane z wodą bardzo dobrze wpływają na kompozycje Pani Harvey (patrz. Down By The Water). Na przełamanie tego traumatycznego numeru dostajemy mocne No Girl So Sweet – i tytuł chyba mówi wszystko jak to tam gra. Na koniec jeszcze numer tytułowy. ''Potargany'' rytm, wykonany prawie accapella. Trochę niesatysfakcjonujące zamknięcie wspaniałej płyty.

Szkoda, że w swoim czasie album ten nie został doceniony na tyle ile powinien, a to właśnie po Stories From The... i To Bring You My Love, Is This Desire? Najbardziej w tym momencie popularna i ceniona pozycja w dyskografii Brytyjki (identycznie to wygląda i u mnie) Sięgam do niej z taką samą częstotliwością co do dwóch wyżej wymienionych. Brakuje mi tam trochę polotu z wcześniejszej i kolejnej płyty, jest też (jak to wspomina sama PJ) miejsce na pierwszy poważny eksperyment jej twórczości, a więc są jakieś drobne skutki uboczne, ale mimo tego pacjent ma się znakomicie. To płyta osobista, która po pierwszym kontakcie z słuchaczem może wydać się ''skromną'', ale po to są płyty by słuchać ich kilka razy. I kiedy dojdziecie do samego jej środka odpowiecie twierdząco na pytanie zadane w jej tytule. Będziecie pożądać jej dźwięków.

Goldfrapp - Seventh Tree - 2008











01. Clowns
02. Little Bird
03. Happiness
04. Road To Somewhere
05. Some People
06. Eat Yourself
07. A&E
08. Cologne Cerrone Houdini
09. Caravan Girl
10. Monster Love

Jeśli coś skłania mnie bym sięgnął do swojego już całkiem opasłego klasera z płytami, wyciągnął jakąś pozycje (w tym wypadku numer 351) i włożył do napędu (w tym wypadku – komputer) ryzykując porysowanie, przegrzanie się i inne mechaniczne uszkodzenia, które mogą u mnie wywołać co najmniej poważne problemy z oddechem to musi być to wyjątkowy album. Bo fakt jest faktem – późno się wziąłem za recenzję tego krążka. Już dawno zrzuciłem pliki z dysku na bardziej trwały format. Przyświecała mi zawsze jednak zasada, że na dobre rzeczy zawsze znajdzie się czas po raz kolejny.

I pomyśleć, że chwalę tak album grupy, która działa na rynku od 8 długich lat, ma na koncie już 4 płyty, a jej wokalistka to jedna z najbardziej charyzmatycznych i tajemniczych jednocześnie osób w branży...a ja do tej pory nic a nic o nich nie wiedziałem. Goldfrapp zmiennym jest. Każdy kto już bacznie przepadał dyskografię tych jednych z nielicznych przedstawicieli solidnego vocal-female-popu w 21 wieku (jak ich zwykłem nazywać oryginalnie) zwrócił uwagę na zmiany jakie zachodziły między poszczególnymi krążkami. Fantastyczne, trip-hopowe w swoim duchu Felt Mountain, które zaczęło ich przygodę jako zespół zostało w 2005 roku zwieńczone roztańczonym, pełnym przebojów i raczej skierowanym do bardzo szerokiej publiczności (staram się nie użyć słowa komercha) Supernature. Wydać by się mogło, że pójdą za ciosem i znów zafundują nam świetne refreny jak w Number 1 czy Oh La La. Nic bardziej mylnego. Folk-pop. Folk-alternative. Psychodeliczny folk pop – O! To określenie bardzo mi się podoba. Nie jest może w 100% trafne, ale w dzisiejszych czasach dobra, chwytliwa nazwa to (jeśli już przy procentach jesteśmy) 50% sukcesu.

Taki właśnie nastrój (folkowo-popowy) panuje w rozpoczynającym całość Clowns, gdzie spokojnie plumkający akustyk wspomagany bardzo ładną sekcją smyków tworzy tło dla rozmarzonego głosu Alison. Podobno delikatne, rozmarzone, relaksujące brzmienie duet uzyskał w utworach A&E (pierwszy singiel promujący), Cologne Cerrone Houdini (BRIT Awars, Q Awards, Co Tylko Chcesz Awards za świetny tytuł i tekst). Poprzednie krążki brytyjczyków naszpikowane były mnóstwem elektroniki, potężnej produkcji, instrumentów...Seventh Tree swój niesamowity nastrój uzyskuje bardzo prostymi drogami i idealnie pasuje pod hasło: Simplicity is the best.

Goldfrapp nie kombinuje. Nie potrzebuje tu udziwniać muzyki by nadać jej charakteru. Nie przesadza z niczym – nawet sam album to tylko 10 kawałków, ale czy z drugiej strony nie tyle mają największe highlightsy płytowe w dziejach muzyki? Wiem, że zabrzmieć to może cholernie naiwnie z mojej strony, ale sądzę, że muzyka płynie prosto z ich duszy. Płyta jednak mimo swojego spokojnego wydźwięku nie ma prawa znudzi. Obok całej tej magicznej atmosfery jest miejsce na ukłon w stronę ‘’Niedzielnych fanów muzyki’’. Hapiness (ze znakomitym klipem) z wyraźnym rytmem, fajną sekcją trąbki w tle i piękną melodią to strzał w 10 jeśli chodzi o wybór singla. To samo rzecz można o planowanym na trzeci już mały krążek utworze Caravan Girl, chyba najbardziej ‘’up-tempowym’’ numerze w tej mieszance. I sądzę, że ma to szansę stać się równie wielkim przebojem jak wspomniany wcześniej A&E, który jak na ironię, choć był pierwszym singlem wydaje się być trochę słabszym momentem albumu. Trochę za grzeczny, zbyt ckliwy i słodki.... – inna sprawa, że cała płyta jest podobna i decydują tylko niuanse. Seventh Tree staje na cienkiej linii między prawdziwą sztuką muzyki, a nudnym i wtórnym graniem bezpłciowego popu dla mas. Na szczęście wychodzi z tej sytuacji obronną ręką i to w bardzo, bardzo dobrym stylu. Moimi faworytami oprócz singlowych już Happiness i Caravan Girl są podszyte nutą fortepianu i wreszcie eksponujące wyraźny perkusyjny motyw Some People i stojący obok na płycie Eat Yourself, który jak na całość brzmi dość ponuro, a w drugiej części rozkręca się dzięki kapitalnej partii basu.

Nadchodzi powoli lato. Seventh Tree to zdecydowanie płyta wiosenna. Z pewnością nie usłyszycie zbyt wielu jej fragmentów podczas wakacji, ale jeśli jeszcze jej nie znacie to nawet teraz trzeba się z nią zapoznać – jeśli nawet nie moja recenzja, to zachęcić powinna was do tego cudna okładka. Jednym słowem - czołówka, czołówka 2008 roku. Z niecierpliwością czekam na kolejne odsłony twórczości Alison Goldfrapp i Willa Gregoryego. Liczę, że znów nas czymś zaskoczą bo żeby nie być takim ‘’ahh-ohh optymistom’’ śmiem twierdzić, że nagranie drugiego podobnego w stylistyce albumu jak ten to będzie spory kroczek do tylu. Wszak ideał jest zawsze jeden....a wiosna nie jest ulubioną porą roku każdego z nas.

Pet Shop Boys - Behaviour - 1990











01. Being Boring
02. This Must Be The Place I Waited Years To Leave
03. To Face The Truth
04. How Can You Expect To Be Taken Seriously
05. Only The Wind
06. My October Symphony
07. So Hard
08. Nervously
09. The End Of The World
10. Jealousy


''Behaviour to płyta bardziej refleksyjna i cięższa w odbiorze niż nasze inne produkcję. Sądzę również, że jest to najmniej znienawidzony album naszych przeciwników. Pozbawiony jest tych wszystkich irytujących i bezmyślnych pomysłów jakie czasem były zawarte w innych naszych kompozycjach'' – w taki to dość dziwny sposób wokalista Neil Tennant opisał płytę kilka lat po premierze. Muszę się w tym wypadku zgodzić się z faktem, ze Behaviour wydany we październiku 1990 roku był zupełnie odmienny niż trzy poprzednie płyty duetu. Wizerunek grupy uległ diametralnej zmianie. PSB odeszli od gatunków dance i synthpop na rzecz muzyki z pogranicza adult popu, elektroniki i ballad popu. Dyskoteki pozostawili samym sobie...

Wszystko to o czym pisze słychać już w pierwszym numerze z albumu, jednej z moich ulubionych piosenek w historii, utrzymanej w dość szybkiej stylistyce, ale jednak balladzie Being Boring. Utwór bardzo progresywny jak na brytyjczyków. Prawie siedmiominutowy. To co zaskakuje to pojawienie się dźwięków gitary. Pośród znakomitego elektroniczego tła i bębnów słychać wyraźnie dźwięki solidnego ''elektryka''. Co prawda pozostaje on trochę w tle, ale efekt znakomity. To długi, ponad półtoraminutowy wstęp do głównej części utworu. Being Boring to bardzo ciepły i jasny brzmieniowo numer. Znakomite aranżacje Chrisa Lowe’a współgrają z równie przyjaznym słuchaczowi wokalowi Neila Tennanta. Do tego jest jeszcze miejsce na takie smaczki jak brzmienie wiolonczeli. Super reprezentatywny kawałek dla całej płyty. Podobne ciepłe i jasne brzmienie PSB uzyskuje w innym, najspokojniejszych na płycie To Face The Truth, które zahacza o jakieś jazzowe inspiracje i gdzie znów dominującą rolę odgrywają bębny. Dalej jest równie przyjemnie i beztrosko. Only The Wind ma prawie identyczną partię bębnów jak To Face The Truth, ale dzięki wspaniałym urozmaiceniem takim jak fortepian oraz dźwięki saksofonu Behaviour, a raczej jego zawartość nie popada w monotonię. Wspaniałą rolę odgrywa w tej muzyce sekcja smyczkowa i cała orkiestra, która pod nadzorem Angelo Badalamentiego brała udział w nagraniach. Innym znanym gościem udzielającym się w nagraniach był muzyk The Smiths, Electronic, a obecnie współpracujący z Modest Mouse, gitarzysta Johny Marr. Największe wpływy tych osób słychać w utworze My October Symphony, gdzie nawet znalazło się miejsce dla Rosyjskiego Chóru Akademickiego. Tam główne skrzypce grają...skrzypce i inne instrumenty szarpane. Po raz kolejny pojawia się wyraźny motyw gitarowy.

Płyta jest jedną z dłuższych w dorobku anglików, mimo iż zawiera dziesięć nagrań. Wszystko dzięki wspomnianemu już bardziej progresywnemu pod tym względem podejściu do kawałków. Krótsze numery są jednocześnie najbardziej przystępne dla przeciętnego ucha. Bo nie jest tak, że Behaviour przez swoją ''monumentalność'' zapomniał o wydaniu kilku znakomitych singli. Za przykład niech służą So Hard (4 w UK) i Jealousy (12). Pierwszy z nich to wspomnienie dawnego stylu grupy, podane jednak już w nowym standardzie brzmienia lat 90. Utwór bardzo nowoczesny i energiczny, szczególnie na tle pozostałych kompozycji z płyty. Zabarwiony elektrycznymi gitarami i głębokimi elektronicznymi samplami i masą laserowego grania. Na deser są nawet dzwonki. Dwa pozostałe utwory utrzymane w szybkiej stylistyce to wspomniany już How Can You Expect To Be Taken Seriously (w zabawny sposób opowiadający historię o celebrities, których jak w tytule, nie można traktować poważnie) oraz The End Of The World, który podobno ma zapożyczoną partię basu z utworu Enjoy The Silence grupy Depeche Mode, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że PSB bardzo chwalili album swoich przyjaciół i czerpali z niego inspirację, które chyba jednak bardziej przydały się w efekcie podczas komponowania b-sidów do singli z ery Behaviour. Na koniec płyty dostajemy jeszcze jedną perłę. Kawałek Jealousy to typowo PSB-owa ballada oparta na wyraźnym brzmieniu orkiestrowym, które stało się już stałym towarzyszem nagrań chłopców od czasów pierwszych wspólnych eksperymentów przy okazji utworu Left To My Own Devices z 1988. Poprzez wprowadzenie głębokiego ''schodowego'' basu i dominującej partii smyczkowej brzmi zdecydowanie inaczej niż pozostałe slow-songi na tym wydawnictwie. Najlepsze są jednak końcowe fragmenty utworu kiedy to udział w zabawie bierze już udział cała orkiestra, a utwór zaczyna brzmieć jak rasowy soundtrack do jakiejś produkcji (te harfy!).

Dużo się dzieję na tym albumie, mimo iż jest on z pewnością bardziej spójny instrumentalnie niż poprzednie produkcje duetu. Znów nie zawodzą teksty. Ogólnie to kolejne rozdanie między damsko-męskimi problemami, ale poruszane są też tematy AIDS (Being Boring), obozów zagłady (w fantastycznym, może najlepszym na płycie This Must Be The Place I Waited Years To Leave), czy tak jak już wspominałem zakłamanych gwiazdach popkultury. To przełomowy album, który pozwolił zyskać wiele nowych fanów ale i wpłynął na fakt, że ludzie przestali kojarzyć Pet Shop Boys tylko i wyłącznie z parkietem do tańca. Mój ulubiony popowy album ever i czołówka międzygatunkówa. Trzeba znać.


Pulp - Different Class - 1995











01. Mis-Shapes
02. Pencil Skirt
03. Common People
04. I Spy
05. Disco 2000
06. Live Bed Show
07. Something Changed
08. Sorted For E's & Wizz
09. F.E.E.L.I.N.G.C.A.L.L.E.D.L.O.V.E
10. Underwear
11. Monday Morning
12. Bar Italia

Uwielbiam pisać o płytach, które od początku do końca zajmują moją uwagę, nie mają żadnych wpadek między wierszami (tu może pasuje bardziej wersja: między nutami) i do tego posiadają kilka masowych killerów, dzięki którym zdobywają uznanie nie tylko w moich czterech ścianach. Kto śledzi ''moje miejsca w sieci'' zauważył pewnie, że Pulp w tym tygodniu to absolutny lider rankingów – postanowiłem odnowić z nimi znajomość. Different Class wcześniej oceniona ''tylko'' 4’5 małpki (przekładam ocenę na język internetowy) poszła tradycyjnie na pierwszy ogień z kilku oczywistych przyczyn jak sądzę: magiczny rok 95, uznawana za ich najlepszy album, pozycja wśród 1001 płyt, które musisz znać zanim odejdziesz z tego świata, w końcu klasyk britpopu, który jako gatunek był wtedy u szczytu popularności, a więc ciężko było się byle-czym przebić do absolutnej czołówki.

Pulp już na nagranym zaledwie rok wcześniej albumie His ‘N’ Hers pokazał, że ma aspiracje bycia w pierwszej lidze gatunku. Na listach nie odnosił jeszcze wielkich sukcesów, ale nagrał utwory, które po latach są absolutną klasyką: Babies czy Do You Remember The First Time? Natomiast już w okresie wydania Different Class był prawdziwą kopalnią hitów. Opowiadający o ciekawym zjawisku (o ludziach, którzy nie wychodzili na miasto, bo bali się dostać łubudubu) Mis-Shapes, który otwiera album to numer 2 w Wielkiej Brytanii. Dynamiczny, oparty na mocnym rytmicznym riffie i o podniosłym charakterze, który nadaje mu rytmiczna partia perkusji utwór wpada w ucho za pierwszym razem. Tak jest z całym albumem, który mógł zostać wydany jako jeden wielki singiel z 12 teledyskami i nikt by nie robił wielkich oczu do tej sytuacji.

Myślę, że większość ludzi, którzy pamiętają tamte czasy – niekoniecznie je nawet lubiąc – zna takie szlagiery jak choćby Common People (kolejny numer 2), na którego punkcie zwariowała cała Wielka Brytania. Osobiście słysząc ten kawałek pierwszy raz nie miałem o nim najlepszego wrażenia....ale to było wieki temu. Teraz to jeden z tych nielicznych kawałków, który po prostu porywa mnie do tańca. 6 minut czystej energii oprawionej w potężne brzmienie syntezatora i jedną z najbardziej zapamiętywanych melodii w historii muzyki. Cocker znów pokazuje do tego, że jest bardzo dobrym tekściarzem, tym razem naśmiewając się z osób, które próbują wkroczyć na teren brytyjskiego życia i kultury, nie znając upodobań i przyzwyczajeń Brytyjczyków.
To w sumie zabawne, że pod jednym względem muzyka nie zmienia się prawie od zawsze. Wystarczyło mieć jeden znakomity i popularny pierwszy singiel by napędzić sprzedaż całego krążka. Pulp nie musiał się więc martwić praktycznie o nic, jednak sam dokładał drwa do pieca. Something Changed albo Sorted for E's & Wizz – ciekawa historia związana z tym numerem to fakt, że podobno promował swoim tekstem zażywanie narkotyków i nie wszyscy chcieli go grać - w założeniu spokojniejsze numery wybrane na dalszy etap promocji Different Class wcale nie pozwoliły na złapanie drugiego oddechu przed kolejną serią wyczerpujących występów w TV i koncertów. Jednym z mniej znanych, ale i najlepszych na płycie numerów od którego nazwy wzięła swoje imię płytka DVD z zapisem koncertów z Brixton Academy jest F.E.E.L.I.N.G.C.A.L.L.E.D.L.O.V.E. Leniwie rozwijający się numer, namaszczony wieloma syntezatorowymi plamami i szeptem Cockera wprowadza trochę mrocznego i dramatycznego nastroju pozwalają odpocząć troszkę od najbardziej przebojowej części Different Class. Zaraz potem zjawia się Underwear. Najbardziej ceniony nie-singiel grupy, który był równocześnie ulubieńcem fanów przychodzących na koncerty. Erotycznie zabarwiony tekst i znów absolutnie zniewalająca melodia ze zgrabnie udającymi organy klawiszami – przecież nic innego nie trzeba, prawda?. Klawisze to główny instrument jakim Pulp bawi się na tej płycie, budujący nastrój prawie każdej kompozycji, ale obecny w równie mocnym stopniu na poprzednich krążkach. To zmieni się dopiero w przyszłości. Jednak na stan z 95 roku to wszystkie melodie są praktycznie zasługą instrumentu na którym gra jedyna przedstawicielka płci pięknej w grupie – Candida Doyle. Prawda jest jednak jedna – najlepszym instrumentem jest głos Jarvisa Cockera. Jeden z bardziej oryginalnych głosów w muzyce. Ktoś napisał, że jest to najbardziej brytyjski gość jaki żyje na świecie. Zarówno pod względem zachowania (Brytyjski MJ – tak się rusza w klipach!) jak i warunków wokalnych i muzyki jaką gra ze zespołem – mogę się z tym zgodzić, bo sam mam takie przemyślenia. Nie ukrywam też, że o całym Different Class myślę w kryteriach mocno związanymi z ojczyzną zespołu. To płyta-hołd dla mieszkańców UK. Słychać to na każdym kroku. Widać w teledyskach...

Wracając do muzycznej strony albumu, to jest też miejsce na trochę eksperymentów. Monday Morning zawiera w sobie pewne drobne cechy muzyki reggae, ale na szczęście nie tyle by mnie od siebie odpychać - wyjaśniam od razu dla nie obeznanych w temacie, że ja reggae bardzo nie lubię. Pojawia się brzmienie z użyciem instrumentów klasycznych jak fortepian, wiolonczela czy skrzypce (wierzcie lub nie, grają ważną rolę w....Common People). Wszystkie te cechy uwypuklą się na płycie This Is Hardcore z 1998 roku. Czuć po za tym, że duży wpływ na Different Class ma muzyka lat 70 i 80. Doskonale słychać to w hitowym Disco 2000, którego tytuł utworu mówi już sam za siebie. Do tego dorzućmy ‘’neonowy’’ teledysk i tekst, który opowiada właśnie w dużej części o przeszłości i gościu, który pragnie spotkać się ze swoją dawną znajomą w roku 2000 - co po niektórzy z pewnością mogliby ocenić ten numer na starszy niż jest w rzeczywistości. Dodam jeszcze, że to osobiście mój ulubiony utwór z tego okresu działalności grupy. Równie znakomity w wersji Nick Cave’a nagranej na potrzeby Pulp-owego singla Bad Cover Version z 2002 roku.

Different Class pokazuje wszystkie najlepsze cechy najpopularniejszego gatunku muzyki na Wyspach w latach 90. Mimo, że jest to jego bardziej popowa odmiana, pozbawiona w dużej mierze gitary, która wysuwałaby się na pierwszy plan to i tak dla takiego rock-maniaka jak ja jest to dzieło ponadczasowe. Bardziej luźne podejście do muzyki było dużą zaletą grupy w tamtym okresie. Wypracowali swoje dość charakterystyczne brzmienie, które odbiegało od bardziej rockowego wizerunku britpopu jaki prezentował Suede czy Supergrass. Z przyjemnością po jeszcze dokładniejszym zbadaniu mogę przyznać 4’5 małpki i dorzucić tą wcześniej odstąpioną połówkę.

R.E.M. - Accelerate - 2008











01. Living Well Is The Best Revenge
02. Man-Sized Wreath
03. Supernatural Superserious
04. Hollow Man
05. Houston
06. Accelerate
07. Until The Day Is Done
08. Mr. Rirchards
09. Sing For The Sumbmarine
10. Horse The Water
11. I'm Gonna DJ
Oh Yeah! R.E.M. wrócił. 4 długie lata czekania w czasie których podsycano ciekawość fanów informacjami o tym, że płyta ma się pojawić w sprzedaży pod koniec 2007 roku i koncertami w Dublinie – 5 nocy przede wszystkim nowej muzyki w Czerwcu ubiegłego roku. Nie słuchałem koncertów by nie robić sobie zbytnich nadziei, lub nie popaść w głęboką depresję. Znałem tylko absolutnie wybuchowy opener. Przez ostatnie dwa miesiące żywiłem się krótkimi samplami 2,3 numerów, jednocześnie oglądając zwiastuny pyty na serwisie www.ninetynights.com - to były odpadki. A teraz czas na prawdziwą, pełnowartościowe w składniki odżywcze danie.

''I'm not one to sit and spin, cause living well's the best revenge. Baby I am calling you on that!'' – takiego refrenu R.E.M. nie miał od czasów Imitation Of Life. Ok, to było całkiem nie dawno, ale z drugiej strony to znów Imitation było najlepsze od kilku dobrych lat w swoim czasie. Skoro refreny są równie dobre to w czym wygrywa opener z najnowszego działa amerykanów zatytułowanego Accelerate? Moc. Moc to coś czego brakowało ostatnim płytom grupy. Ja tam nie narzekałem jakoś bardzo, ale wiem co inni sądzili choćby o Around The Sun (2004). Stipe i spółka chwycili za gitary elektryczne i wyładowują się na nas. Przez 34 minuty (tak, to najkrótsza płyta grupy w historii) co prawda nie panuje żaden jazgot (chyba, że przyjmiemy kryteria R.E.M-owskie jazgotu), ale jest głośno. Bardzo mnie to cieszy, bo nie idą tym samym tropem co na ostatnich płytach gdzie stopniowo cichli. Tytuł Accelerate (czyli ''Przyśpieszać'') doskonale oddaje klimat utworów.

R.E.M. nie byłby jednak sobą gdyby balladki żadnej nie umieścił na nowym dziele. Until The Day Is Done ma w sobie dużo z uroku najpiękniejszych ich tworów z okresu akustycznego Automatic For The People, a jednocześnie przypomina utwory z okresu Around The Sun. Zaangażowany politycznie utwór był jednym z pierwszych, który ukazał się fanom w postaci podkładu do pewnego Amerykańskiego programu przyrodniczego. Spokojniejszym kawałkiem jest też Sing For The Submarine – utwór, który jako jeden z nielicznych z płyty nie został wykonany na koncertach w Dublinie i był dużą zagadką. On z kolei w moim odczuciu dobrze pasowałbym do płyty Reveal. Jest to utwór w który z pewnością trzeba się dobrze wsłuchać. Raczej nie ''wejdzie'' za pierwszym razem. Sing to także prawdziwy kolos. Trwa prawie 5 minut co w porównaniu z innymi numerami wydaje się być czasem jakiejś suity! Najbardziej lubię ten moment ''trzęsienia ziemi'' w połowie kawałka. Znam osoby, które już piszą, że to najsilniejsza kompozycja na płycie. Do tego worka dorzucam jeszcze Houston. Mocny organowy motyw (organy zawsze u nich kochałem) i znów upolityczniony tekst. O tym kawałku zrobiło się głośno za sprawą fragmentu ''If storm doesn’t kill me, Goverment will'' Ciekawe czemu o Until The Day Is Done mówi się, że to druga część Final Straw? Może Houston to już trzecia...

Zamykam dział z slow-songs. Zostały już tylko prawdziwe rockowe kawałki, którym przoduje prócz wspomnianego już Living Well Is The Best Revenger dziesiąty track na Accelerate pod tytułem Horse The Water. Mimo, że śmiesznie krótki (2:18) to upływającego czasu się nie czuje. Zbyt wiele dzieje się w tym numerze by dbać o takie sprawy jak time. Niesamowite, że 138 sekund starczy na krótki wstęp, trzy zwrotki i trzy refreny w tym jeden podwójny. Wow! Man Sized Wreath planowany pierwotnie jako b-sid na szczęście znalazł się ostatecznie na płycie. Chwytliwy, prosty (jak większość kompozycji, wszak to back to the roots) z fajnym backround vocalem Millsa, który trzeba przyznać poszalał w końcówce.

Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest piękny Hollow Man – ''Believe in me, believe in nothing, corner me, make me something, i become the hollow man, i see'' Uwielbiam nucić sobie ten tekst. Pierwsze sekundy wydają się zwiastować jakąś balladkę zręczne wykonaną przy akompaniamencie fortepianu. Całośc jednak rozpędza się i uderza w słuchacza ''najbardziej satysfakcjonującym refrenem R.E.M. w 21 wieku'' – jak to ładnie określił pewien recenzent. Myślę, że mogę się z tym zgodzić. Dobrze byłoby to widzieć na jednym z kolejnych singli.

Na samo zamknięcie kolejny pocisk masowego rażenia – I’m Gonna DJ. Ledwie trzy sekundy dłuższy od Houston zapewnia wyśmienitą zabawę, a co ważne ten nastrój udziela się wokaliście i grupie – to się czuje. ‘’I’m Gonna Dj at the end of the World!’’ – wcale nie byłbym mocno zdziwiony, gdyby wybrali to na małą płytkę. To byłoby dość innowacyjne posunięcie, ale kto wie. Zaskoczyli brzmieniem, mogą i zaskoczyć nas w sprawach promocji.

Jeżeli coś mogę zarzucić tej płycie to oczywiście nie będę oryginalny: czas. Mimo, że każda kolejna piosenka zapewnia mi dobrą zabawę i czystą przyjemność to chciałoby się móc pobyć z tym albumem co najmniej 7-8 minut dłużej. Boli mnie, że zespół ostatecznie nie zamieścił na Accelerate kompozycji Staring Down The Barrel Of Middle Distance. Podobno nie pasował nastrojem. Nie zgodzę się z tym. Jeśli w czymś odstawał od płyty to czasem trwania (podobnie się to ma jak z Sing Fo The Submarine). Accelerate również nie grzeszy jakimś wybitnym pomysłem na konstruowanie utworów czy ich aranżacje. To proste numery. Piszę o tym bo niektórzy mogą widzieć w tym zaletę, a inni wręcz przeciwnie. Aha. I jest jeden z track, z którym jeszcze nie zaprzyjaźniłem się tak bardzo jak z resztą – Mr Richards (mimo fajnego, ''zabrudzonego'' riffu i miłej melodii.

Accelerate to nie jest płyta pełna przebojów (może oprócz wybranego słusznie na pierwszego singla, choć ogólnie na pewno nie topowego Supernatural Superserious), które mogą podbijać po kolei wszystkie liczące się listy przebojów. Zamiast tego są to przeboje, które podbiją serca zmęczonych muzyką indie i pop-rockiem. Zawsze powtarzam, że w każdej muzyce trzeba szukać ''jej własnej przebojowości'', bo o to w tym chodzi. Accelerate również ową posiada. Trzeba tylko wniknąć w ten album głębiej, co dla niektórych (znam już kilku marudzących :P) było kłopotliwe. Z jednej strony sam ich rozumiem, bo sam często odrzucam naprawdę słabe produkcje po pierwszym razie, ale myślę, że Accelerate trochę zmyliło wszystkich. Po takim albumie wymaga się by w 34 minuty zawładnął kawałek po kawałku naszą playlistą najbardziej nośnych numerów. R.E.M stworzył płytę, która od tej reguły ucieka. Jest w swoim gronie pewnym zaskoczeniem, oby zaskoczyła wszystkich tak miło jak mnie. Chciałbym jeszcze odpowiedzieć na najczęstsze pytanie, które pojawia się przy okazji premiery tej płyty - ''Czy to jest najlepszy album R.E.M. od czasów New Adventures In Hi-Fi''? Chciałbym odpowiedzieć...ale nie umiem. Nie wiem, nie teraz! Cieżko mi (mimo pokaźnej sumy przesłuchań) porównywać Accelerate do poprzednich albumów i ustawiać jakąś piramidkę. Around The Sun ostatecznie oceniłem na dobre, po okresie prawie 3 lat. Narazie dam 4, z możliwością ''przyśpieszenia'' ;)

PS – Jestem za to pewny jednej rzeczy - jedyne czego sobie życzę, to by grupa wydała coś nowego szybciej niż za 1461 dni. Uwierzcie mi, że ta pokaźna liczba podzielona przez 34 nie daje dużego wyniku ;)

Nick Cave & The Bad Seeds - Dig, Lazarus, Dig - 2008











01. Dig, Lazarus, Dig!!!

02. Today's Lesson
03. Moonland

04. Night Of The Lotus Eaters

05. Albert Goes West

06. We Call Upon The Author
07. Hold On To Yourself
08. Lie Down Here (& Be My Girl)

09. Jesus Of The Moon

10. Midnight Man
11. More News From Nowhere

Nick Cave przez ostatnie lata próbował oszukać swoich słuchaczy...ok., to za mocne słowa. Nie ukrywajmy jednak, że muzykę, która z płyty na płytę traciła swoją agresywność i moc (tak, gdzieś od genialnego Let Love In z 94 roku) próbował ratować i ratował znakomitymi tekstami. Nick Cave to przecież równie doskonały poeta co grajek. Jego teksty często są niezrozumiałe dla samych kompanów anglojęzycznych, zasób słów i słowotwórstwo jakim posługuje się w lirykach jest zadziwiające. Ale przecież nie to jest w muzyce najważniejszej. Oczywiście zdarzyło się od 94, że Nick Cave & The Bad Seeds nagrali wiele świetnych piosenek, ale nigdy nie było to zawarte na jednej płycie, która cieszyłaby od początku do końca. Absolutnie cieszyła. Nie wiem czy Nick wydał już tomik ze swoimi wierszami, ale już za kilka dni wydaje razem ze swoim macierzystym zespołem swój 14 studyjny album, gdzie wreszcie muzyka zaczęła dorównywać, a nawet przeganiać cudowne teksty barda z Australii.

''Zakop się Łazarzu, zakop się!'' – tak zaczyna się Dig, Lazarus, Dig!!!. Nagranie tytułowe to chyba najbardziej żywy i energiczny numer....a zaryzykuję i napiszę, że w całej karierze grupy. Rytmiczny bas, szalejące gitary i nastrój iście funkowy. Do tego chóralny refren – jeden z najbardziej chwytliwych w karierze zespołu...solo pełne bólu, krzyków rozpaczy i jazgotu. Brzmi bardziej jak Grinderman, nieprawdaż? Wszak zespół zapowiadał, że nowe dzieło będzie w pewnym stopniu (po wysłuchaniu płyty można stwierdzić, że większym..) zbliżone do garażowego projektu jakim był i jest Grinderman. W poszukiwaniu dalszych śladów ''zespołu z małpą na przedzie'' przeskakuję na track numer dwa i z radością krzyczę: Nie rzucili słów na wiatr!. Today’s Lesson to kolejny szybki numer, pełen drugoplanowych dźwięków, co prawda akustyczny, ale posiadający nie mniejszą moc jak poprzednik. Znów świetny refren i cudowne organy w tle. Ale czy mogło być inaczej? Już na kilka dobrych tygodni przed wyciekiem całej płyty do internetu znałem trzy utwory, które absolutnie mnie powaliły i zapowiadały jeden z najlepszych krążków tego roku. Jednym z nich jest przejmujący, pełen mroku i traktujący o potwornej katastrofie (którą Nick każe nam samemu stworzyć do końca) Night Of The Lotus Eaters. O ile poprzednimi numerami Nick mógłby podbijać każdą listę przebojów to tym co najwyżej może zgarnąć pierwsze miejsce na liście z najlepszymi basowymi motywami. Od samego początku towarzyszy mi niezwykle prosty, ale i hipnotyczny bas Warrena Ellisa. Znów w oddali słychać złowieszcze szumy i dźwięk jakby eksplodujących bomb. Na prawie 5 minut Dig, Lazarus, Dig!!! zamienia się w psychodeliczną zabawę z najciemniejszymi zakątkami muzyki. A to wszystko tylko po to by obudził mnie z tego transu Albert, który wyrusza na zachód....nawet Nick Cave przyznam w wywiadach, że nie wie nic o tym numerze. Dobrze tak napisać utwór i nie mieć go na sumieniu jakby coś nie poszło, nie? Czy frontman grupy odnosi się tak do tego numeru bo jest najsłabszy na albumie? Osobiście uważam, że faktycznie razem z We Call Upon The Author (który następuje zaraz za nim i charakteryzuje się dziwnym elektronicznym podwójnym mostem) tworzy taką dwójkę do odstrzału, ale chórki (takie typowe lata 60 przychodzą na myśl) dodają mu uroku. Też materiał na singiel.

Łazarz jednak swoje najwspanialsze momenty kryje w swojej drugiej części. Hold On To Yourself opowiadający o okłamywaniu samego siebie przypomina klimatem dawniejsze projekty sygnowane nazwą Cave & Bad Seeds. Dość spokojna linia melodyczna, ozdobiona kakofonicznymi smykami, ledwo co wychylającymi spoza cudownego basu i organami dochodzącymi w refrenie. Ah ten dobry-stary Warren Ellis i jego bas. Wszystkie te dźwięki, które podczas słuchania Łazarza dochodzą do moich uszów to prawdziwe arcydzieło.Kulminacyjny moment płyty nadchodzi właśnie po tym długim i dającym do myślenia kawałku (heh, a jaki kawałek Cave’a nie daje do myślenia?) Lie Down Here (& Be My Girl) to w skrócie: sex, jazgot gitar, power i wreszcie tak długo oczekiwane pianino. Pianino, które było czymś tak oczywistym w dawnych produkcjach grupy dopiero tutaj, w ósmym numerze na płycie gra znaczącą rolę grając cudowny w swojej prostocie motyw. A wszystko na tle potwornych i demonicznych gitar elektrycznych, które co chwila przelatują przed moimi oczyma. Gitara prowadząca to jednak znów akustyk, też rozpędzony i układający świetną melodią pod którą idealnie wpasowuje się głos Cave’a. Jak sam tytuł może już sugerować jest to rzecz mocno erotyczna. Znów chóralny refren całej ekipy i istny krwotok słów...Najbardziej agresywna, niespodziewanie wyłaniająca się rzecz z tej płyty. Mój murowany faworyt, świetny numer na singla, którym z powodu tekstu może nigdy nie zostać i jedna z najlepszych piosenek ostatnich tygodni...miesięcy także. Syntezator to rzecz, która też często nie jest używana przez Nicka i jego złe ziarna. Tym razem jednak to właśnie ten instrument tworzy nastrój w Midning Man. Kolejny numer, który na początku nie wydaje się być tak demoniczny jak w rzeczywistości i kolejny gdzie muzyka cieszy mnie swoimi różnymi odcieniami, jest żywa i pełna niespodzianek. Tak jest prawie w każdym numerze. Na szczęście głowa nie boli, jak w niektórych tego typu zabiegach....a nawet nie wiecie jak fajnie rozbierać takie utwory na czynniki pierwsze. Raz wsłuchuje się tylko w dzwonki, potem w gitarę, bębny i tak za każdym razem coś innego.
Dig, Lazarus, Dig!!! Jest więc płytą bardzo urozmaiconą, której korzeni i inspiracji należy szukać w latach 60 i 70.
Album spina kawałek More News From Nowhere. Podniosły, znów ''masowo'' wykonany numer o człowieku, który szuka idealnej kobiety. Pikanterii dodają fragmenty w stylu ''Janet is known to make dead men groan''. Czyżby więc nasz bohater już nie żył i nawet z tego sobie nie zdawał sprawy? Tak, to też utwór o przemijaniu. To długi, 8 minutowy i godny tej płyty end track z bardzo przyjemną plumkającą gitarą i biesiadnym refrenem. Może trochę za mało urozmaicony jak na swoje rozmiary, ale z pewnością jeden z najlepszych na płycie.

Wiedziałem, że Nick Cave & The Bad Seeds nagra bardzo dobry album. Teraz pozostaje tylko pytanie czy odważę się w najbliższym czasie dodać jeszcze pół gwiazdki. I tak jest już nieźle. Tytuł płyty roku na razie należy bezapelacyjnie do Łazarza. Jest jeszcze kilka pozycji, które z pewnością mają szanse mu zagrozić, jest też pewnie wiele czarnych płyt (nazwijmy tak muzyczne odpowiedniki czarnych koni) i mam nadzieję, że Nick nie znajdzie się w top 10 płyt 2008 roku, a życzę sobie tylko dlatego, że życzę sobie wysokiej formy zespołów w tym roku. Nie wiem czy to cecha genialnych płyt, ale w przypadku tej wystarczyło mi jedno, dwa przesłuchanie by stwierdzić jak bardzo podoba mi się nowy twór australiczyków. Warto jednak dać sobie kilka szans (szczególnie, jeśli są osoby, których płyta nie oczaruje za pierwszym razem) i przesiąknąć tym albumem od stóp do głowy. Wtedy też odkryję się, że mimo imponujących melodii i aranżacji jak zwykle u podstawy sukcesu leżą proste rozwiązania. I kto by przypuszczał, że Nick Cave tak bardzo nie lubił, a nawet bał się Łazarza i historii o jego wskrzeszeniu. Nagrał na podstawie tych wspomnień album, który dla mnie będzie pięknym wspomnieniem początku 2008 roku.

The Cure - Wild Mood Swings - 1996











01. Want

02. Club America
03. This Is A Lie

04. The 13th

05. Strange Atraction

06. Mint Car

07. Jupiter Crash
08. Round & Round & Round

09. Gone

10. Numb

11. Return
12. Trap

13. Treasure
14. Bare

W poprzedniej recenzji jednej z najlepszych - jak nie najlepszej – płyt The Cure (Wish) napisałem, że fani zakochani w Disintegration byli trochę zdziwieni brzmieniem następczyni. Wish jak zostało już tu mądrze napisane to płyta głównie akustyczna utrzymana w spokojnym klimacie z pięknymi rozbudowanymi kompozycjami dla których równowagą są przebojowe single. Jak poczuł się fan po usłyszeniu po raz pierwszy w radiu High? To już wiecie. Jak czuł się ten sam osobnik po The 13th z Wild Mood Swings wydanego w połowie 1996? Jeśli to ortodoks to strach się bać!

Wild Mood Swings to album na który fani The Cure musieli czekać najdłużej jak dotąd. Cztery lata dzieliły go od poprzednika, chociaż sesja rozpoczęła się już w 1994 roku. Na początku nad albumem pracował sam Robert Smith oraz nowy członek zespołu Perry Bamonte. Spowodowane było to nazwijmy ‘’chwilową niedyspozycją’’ Gallupa i ..brakiem innych muzyków w grupie (dopiero potem dołączyło kolejnych dwóch nowych). Również w tym okresie Cure nie udzielali się zbytnio nie licząc nagrania na potrzeby kompilacji z zakresu A Tribute dla Jimmy’ego Hendrixa, coveru Young Americans z repertuaru Davida Bowie i utworu Dredd Song, który trafił na ścieżkę dźwiękową filmu Judge Dredd. Nie jestem przekonany jaki był pierwotny zamiar Smitha i spółki odnośnie tego jaki to miał być album. Chcieli odnaleźć się z pewnością na nowym rynku (w UK królował britpop), pozostać starym dobrym Cure, a jednocześnie poeksperymentować. To wszystko złożyło się na...najbardziej znienawidzony przez fanów album grupy (do tej pory w USA nie sprzedała się nawet jedna czwarta nakładu Wish) Przez fanów, bo krytyka potraktowała go łagodniej. Ja też wcale nie uważam go za słaby. Za oryginalny owszem – nie za słaby.

A przecież wszystko zaczyna się tak cudownie. Want to enty znakomity open song Kjurów. Mroczny klimat, gęste gitary, długi, rozbudowany – porównywalnie dobry jak Open z Wish. Drugi tytuł na płycie to Club America i już tutaj słychać nowe brzmienie Cure. Smith śpiewa dość jałowo na tle wariujących kaskad gitar. Refren prawie nie wyczuwalny. Jeden z najmocniejszych numerów Cure w historii stylizowany już na brzmienie lat 90, taki club-rock. Podobać się też powinien tekst -''I ride into the town on a big black trojan horse. I'm looking to have some fun'' – rzecz o niezobowiązujących zabawach. Czyli wrócili do gitar? Trójka to znów inne Cure. This Is A Lie to chyba najbardziej dramatyczna kompozycja na albumie. Teatralny, obcy mi zupełnie klimat i gorzki tekst...choć to zostało ze starego zespołu. Mimo to podoba mi się to eksperymentowanie. Piosenka ma duszę. I znów zamiast napisać jakąś złotą myśl na temat Wild Mood Swings muszę zatrzymać się przy kolejnym pod rząd kawałku bo co chwila coś zaskakuje. The 13th wybrany na pierwszy singiel z płyty (brawa za odwagę) to chyba największy szok jaki wierny Kjurowiec mógł przeżyć. To zabawny utrzymany w klimacie salsy numer o tym jak to dobrze być hedonistą. The Cure gra tu jak rasowy zespół z Kuby. Wszędobylskie dęciaki, dość odważnie zbudowana kompozycja (długo czekamy na refren równie dziwny jak sam numer – on tam śpiewa ciągle Do It To Me, serio!) i egzotyczny klimat. ''Yeah I feel that good!'' – ale Smith to lubi!. Polecam przy okazji zobaczyć bardzo dobrze dopasowany klip. Strange Atraction, Mint Car – odpowiednio 2 i 3 (amerykański) singiel to hołd dla lat 60 i bardzo sprawne pop piosenki. Siła rażenia nie tak potężna jak Friday I’m In Love, ale słucha się bardzo dobrze. To jednak pop i fani tego chyba nie wybaczyli. Podobne odczucia mogli mieć przy wywodzących się z tego samego podwórka Round & Round & Round (w nowym TR przesadzili nazywają to ‘’utworem w klimacie dance’’ i Return (to się nadaje na parkiet!) Inną wersje lat 60 słyszymy w innym singlu – Gone! – z głębokim ''tubalnym'' podkładem. To taka ich wariacja na temat jazzu. Wszyscy chwalą raczej drugą stronę Wild Mood Swings. Szczególni za trzy ostatnie piosenki, które tworzą jakby jedną całość (Trap, Treasure, Bare). Fakt, brzmi to najbardziej ‘’normalnie’’. I jest to puszczenie oka w kierunku wszystkich zawiedzonych poprzednimi 11 kompozycjami. Dla mnie jednak ta 3 częściowa mini-trylogia nie robi wielkiego wrażenia. Tekściarsko Smith prezentuje się poprawnie, są rzeczy ewidentnie pozytywne (Round & Round & Round), nawet śmieszne (The 13th), z drugiej strony mamy jednak pełen bólu Numb

Britpop inspirował się wszystkimi geniuszami melodii z lat 60 na których czele stało Beach Boys czy też The Beatles. Po przesłuchaniu Wild Mood Swings, dzieła klasyczne Curepopowego mam wrażenie, że piątka Brytyjczyków robiła podobnie. Nie ma co kryć, że przeważa tam pop. Ok. pop rock, alternatywny poprock – to lepiej brzmi przy napisie The Cure i nie razy w oczy znawców gatunku. To zdecydowanie najlżejszy z albumów grupy, choć przez swoją różnorodność na pewno nie najłatwiejszy do słuchania. Ja mam to szczęście, że nie mam wypranego mózgu przez konkretny nurt muzyczny i spokojnie podchodzę do oceny WMS. Plus za oryginalność, plus za odwagę, plus za zmianę (chwilową) brzmienia. Minus za małe zgranie ze sobą kompozycji, za ewidentnie nużące numery (Jupiter Crash, Bare) i może za zbyt delikatną produkcję całości. WMS to dobra płyta, która nie powinna nikogo powalić na kolana, a która ma obowiązek odciążyć uszy od tego co Cure robiło do tej pory i co zaprezentowało na Bloodflowers z 2000 roku. Może gdybym pisał te słowa tuż po premierze wiedząc, że to jedyny nowy materiał między 1992, a 2000 rokiem nie byłbym taki zadowolony i pełen pochwał? W końcu jednak mamy początek 2008 roku, wygodnie siedzę w fotelu, słucham mojego ulubieńca z tej płyty czyli The 13th...i jest fajnie-banalnie.

The Cure - Wish - 1992











01. Open

02. High
03. Apart
04. From The Edge Of The Deep Green Sea
05. Wendy Times
06. Doing The Unstock
07. Friday I’m In Love
08. Trust
09. A Letter To Elise
10. Cut
11. To Wish Impossible Things
12. End

W 1992 roku The Cure stanęło przed naprawdę ciężkim zadaniem. Zadanie było jasne – nagrać płytę równie wspaniałą jak Disintegration. Kto jednak mógł przypuszczać, że to się uda? Zespół przecież znów miał autodestrukcyjne myśli, czas premiery wydłużył się o jeden rok, a dla wielu ortodoksyjnych fanów, którzy zbudowali już ołtarzaki dla Pornography i Disintegration, dużym zaskoczeniem było pojawienie się w stacjach radiowych numeru High. Ale co kto lubi.

Już patrząc na okładkę płyty człowiek doznaje dziwnego uczucia magicznej atmosfery jaka bije z prześlicznego coveru. Wydaje się być zupełnym przeciwieństwem smutnych barw poprzednich pozycji grupy (może z wyjątkiem jeszcze bardziej czerwonego Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me). Album przemyślany, zaczynający się od mocnego i soczystego Open, a kończący się...tak, utworem o tytule End. Te dwa, rozbudowane, przypominające trochę dzieła zespołu z okresu drugiej, trzeciej płyty i piękną klamrą spinają 10 piosenek, których jako całość słucha się niezwykle przyjemnie. Wish zawiera po prostu wszystko, jest to mocno eklektyczny album, ale nie wychodzący poza pewne granice. Piszę o tym by nikt nie pomyślał, że ''eklektycznie'' będzie oznaczać w Cure wprowadzenie elementów jazzu, soul albo hip hopu – bez przesady. Wszyscy to podkreślają, ja też nie będę oryginalny, że na Wish grupa odeszła od intrumentów klawiszowych. Są one obecne oczywiście (co najlepiej słychać oczywiście w pięknym Trust, który rozpoczyna się zabójczo piękną partią fortepianu), ale przeważają zdecydowanie gitary i to akustyczne. Tak! Wish jest w dużej mierze płytą akustyczną. Wyjątkiem jest wspomniany wyżej Open, utrzymany w surowym i ponurym klimacie i Cut, który wydaje się być najbardziej odmiennym ze wszystkich numerów, poprzez dynamiczne bębny i prawdziwy kocioł gitarowy jaki tworzy się pod koniec numeru.

Pod względem nastroju Wish też nie prezentuje się jednoznacznie. Na trackliście, obok siebie, znajduję się tak porywające i smutne rzeczy jak Apart o nieudanej miłości (tutaj akurat gra syntezatora to prawdziwy popis) czy ''wzrastający'' z czasem Trust, ale i piosenki, które miłośnicy i znawcy starego dobrego Cure nazywają po prostu czystym popem z czym do końca się nie zgodzę, ale fakt, jest w nich ogromna siła przebicia, melodyjność i są to już wielkie przeboje. Piszę oczywiście o Friday I’m In Love, utworze, który jest chyba największym hitem zespołu (8 w UK, 18 w US), a jednocześnie prostą i radosną piosenką z ''tygodniową wyliczanką''. Kiedy ostatni raz The Cure zaserwowali coś równie zabawnego (to odczucie zwiększa się jeszcze gdy zobaczymy przezabawny klip)? Nigdy. Ta wielka popularność Friday I’m In Love oraz jego jasna i prosta wymowa narobiła jej zarówno wielu fanów jak i przeciwników. Ja zaliczam się zdecydowanie do tej pierwszej grupy. Oprócz tego ''Kurczaki'' wykrzesały z Wish jeszcze tylko (kładę akcent na tylko!) dwa single, ale równie piękne. Kolejny prosty i czarujący kawałek – High, który promował całe dzieło i to w dużej mierze dzięki niemy Wish osiągnął niemałe sukcesy na listach przebojów i co za tym idzie w sprzedaży oraz numer A Letter To Elise. Cudowny tekst o miłości, cudowne dzwonki nadające kompozycji bardziej popowy i beztroski nastrój. To wszystko z jednej strony tak banalne, a z drugiej piękne i dające do myślenia. Pod koniec utworu prezentuje się słuchaczowi Fender VI i w tym mocniejszym klimacie dopływamy do ostatnicj sekund numeru. Słusznie uznaje się ten numer za jeden z najlepszych z Wish.

Skoro piszę już o takich hasłach jak: najlepsze, najwspanialsze, nie wypada mi nie wspomnieć o swoim faworycie. Doing The Unstock ukrywa się po numerem piątym. To kolejny numer grupy, który tak jak Friday I’m In Love jest przesiąknięty pewnym rodzajem radości. Zresztą już na początku Robert Smith śpiewa otwarcie ''Kick out the bloom!''. A po tym następuje cudowna, przestrzenna melodia gdzie na pierwszy plan wychodzą frunące do nieba dźwięki gitary elektrycznej, a gdzieś w tle, przez cały numer słyszymy bardzo ożywionego akustyka. I ciągle pojawia się to ''Let’s get happy''. A w refrenie wokalistka zachęca nas by podrzeć wszystkie strony ze złymi wiadomościami. Tak pozytywnego tekstu nie ma nawet Piątek. To w pewnym sensie paradoks, że grupa określana jako najbardziej depresyjny band świata nagrywa jeden z największych hymnów pozytywnego myślenia i oparciu się smutkowi. Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o utworze From The Edge Of The Deep Green Sea. To już sztandarowa koncertowa pozycja grupy. Rozbudowany do prawie 8 minut, zaczynający się przytłumionymi gitarami i delikatnymi klawiszami utwór, który w dalszej części wysuwa na przody kapitalny riff. Znalazłem więc NAJdłuższy utwór, NAJlepszy, NAJbardziej optymistyczy, a do szczęście brakuje jakiegoś małego wariactwa. Wendy Times zdobywa bezapelacyjnie tą nagrodę. Rzecz, która następuje po From The Edge...wprowadza w zupełnie inny nastrój, nastrój, który panuje np. na krążku Wild Mood Swings z 1996 roku. Rozbrykane gitary i miłe organowe tło sprawiają, że jest to temat iście freestylowy. Do tego to ‘’po-tutuwanie’’ Roberta i przynajmniej w mojej opinii sexualanie zabawiony tekst.

Krótko pisząc – najlepsza płyta The Cure od czasów Disintegration (ok, to może nie było najbardziej odpowiednie określenie). Na pewno jest równie dobra jak Disintegration. Mimo, że to rzecz z zupełnie innego wymiaru. Bardziej przyziemna, a jednocześnie rozmarzona swoim własnym sposobem. Czy więc lepsza od swojej poprzedniczki? Porównywać płyt nie mam zamiaru. Tutaj decyduje już tylko to o czym napisałem w pierwszej części recenzji: Co kto lubi? Mi sprawia ogromną przyjemności posłuchanie albumu, który ma w sobie tak radosne wątki jak te zawarte w Doing The Unstuck czy Friday I’m In Love. Na ten moment wybieram więc może Wish. Ale jedno wszyscy, którzy znają obie pozycji muszą stwierdzić – Cure byli wtedy na przestrzeni końcówki lat 80 i początku 90 w genialnej formie i takiej formy Wishuje każdemu.

Nirvana - Nevermind - 1991











01. Smells Like Teen Spirit
02. In Bloom
03. Come As You Are
04. Breed
05. Lithium
06. Polly
07. Territorial Pissings
08. Drain You
09. Lounge Act
10. Stay Away
11. On A Plain
12. Something In The Way/Endless Nemeless

Ten tydzień należy do Nirvany. Króluje ona na mojej playliście, co może dziwić, bo ostatnio wpadłem przecież w nurt trip-hopu i zafascynowałem się Tori Amos...do tego jeszcze koncert The Cure, na który wypada się jakoś przygotować, by na koncercie cieszyć się muzyką...a nie myśleć ciągle: ''Co to za numer, z jakiej płyty, ale jaja, nie wiem!''. Nirvana to jednak zespół z tej półki, które zawsze do ciebie wracają jak bumerang. Mogę ich muzyką wykończyć swojego foobara czy też winampka, a jednak kilka miesięcy potem znów wpadam w ten grunge-owy nastrój i będę z wyimaginowaną gitarą szaleć po swoim pokoju ;) Jak byłem trochę młodszy z pewnością nie kochałem się ostrej muzyki rockowej. Nie chciałem słuchać zespołów określanych ogólnikowo jako hard rockowe, metalowe itp...W sumie choć teraz poszerzyłem swoje horyzonty to nadal black metal, doom i trash to dla mnie tabu. Czyż jednak grunge nie wywodzi się z podobnych kręgów? Agresywne granie, ponury nastrój...jednym słowem muzyczna depresja. A Nirvana to sztandarowy wykonawca gatunku. Nevermind – sztandarowa płyta.

Ile to osób pisało, że Smells Like Teen Spirit to hymn nie tylko ery grunge, ale i całej muzyki rockowej i lat 90? Utwór, który otwiera Nevermind, to numer absolutnie kultowy i czy się tego chcę czy nie powinno się go szanować. Top 50 najlepszych riffów w historii? Nie za nisko oceniam? To zrozumiałe, że Smells...ma równie wielu zwolenników co przeciwników. Ktoś rzuci hasłem, że to przereklamowane tak jak cały Nevermind...ale jednak na mnie robi to duże wrażenie. Pierwszy prawdziwie soczyście-ostry numer jaki pokochałem? Kto wie...W sumie recenzja tego numeru jako singla mogłaby zająć mi tyle miejsca co tradycyjna recenzja pełno wymiarowego LP, więc odsyłam na jakiś portal o Nirvanie (których przybywa podobno po kilka...na dzień). Ale każdy z numerów zawartych na Nevermind to klasyk. Drugie In Bloom (z zabawnym czarno białym klipem ala lata 60) to kolejny potężny riff i zgrabna melodia...kto to mi pisał, że to hymn samobójców? Przyznać się w komentarzach! Kolejny opus-magnum tej płyty to Come As You Are. Chyba najbardziej znane nagranie oprócz Smells Like Teen Spirit. Dave Grohl cudownie bębni w momencie gdy ja wpadam w trans (ten szarpany motyw na gitarze...) powtarzając bez końca ''No, I don’t have a gun''. Oprócz czadowych i rozpędzonych do granic możliwości Breed czy Stay Away wśród tych 12 piosenek znalazło się miejsce na coś bardziej wyciszonego, dającego do myślenia – Polly. Ale Kurt Cobain i spółka zaraz potem znów dodają gazu w najostrzejszym na płycie, tylko ponad 2 minutowym Territorial Pissings. Takiego rozwrzeszczanego Cobaina można usłyszeć już tylko w numerze Scentless Apprentice z płyty In Utero. Reszta kompozycji łapie za serce swoją prostotą, niezwykle jasnym przekazem i melodiami, co mnie zaskoczyło, bo nie sądziłem, że ten gatunek ma taki potencjał przebojowy. Do tego w takim Drain You pobrzmiewa w moście jakiś rodzaj psychodelii. Ale czy to tylko w nim....

Bardzo mocnym punktem drugiej części Nevermind jest Stay Away. Szczerze mówiąc nie mogę znaleźć jakoś informacji o tym kto udziela się wokalnie w tym numerze prócz Kurta (dziwne, nie?). Novoselic czy Grohl dla którego byłaby to rozgrzewka przed przejęciem mikrofonu w grupie Foo Fighters. Tekst o wyalienowaniu, refren prosty aż do bólu, może dzięki temu wchodzi tak w głowę?, perkusja pędzi tak samo jak w Breed czy Territorial Pissing. Taka dobra składanka kilku elementów z poprzednich pozycji na krążku, ale ''away'' wyśpiewywane lekko nietrzeźwym wokalem brzmi niesamowicie. Album kończy kawałek Something In The Way (ma jeszcze ukryty w sobie numer Endless Nemeless – choć to zależy od tłoczenia) z pomysłowym zastosowaniem wiolonczeli, co po takiej dawce powerful-owego grania pozwala na uspokojenie akcji serca. A! I jest jeszcze Lithium. Stawiam go na równi ze Smells Like Teen Spirit. Znów pojawia się ten charakterystyczny dźwięk gitary z Come As You Are i plumkający bas nadający, taki od niechcenia. A potem wchodzi refren. Zwykłe ‘’Yeah’’ powtarzane w nieskończoność jakby miało na celu wtopienie w nas przekonania, że tekst piosenki to najbardziej słuszna rzecz na świecie.

Nie napisałem ani jednego złego słowa o tej płycie. Gdybym był przesadnym krytykiem mógłbym ewentualnie uczepić się nadmiernej prostoty tego albumu. Ale gdyby to zagrać inaczej to nie byłby przecież Nevermind. Album prosty, bo takiego potrzebowali młodzi ludzie, który w swoim czasie trafił do milionów odbiorców na całym świecie i na dobre rozpoczął erę rządów grunge’u. Szkoda, że na tak krótko. Bo o ile mówi się właśnie, że wyprodukowany przez Butcha Viga album pozwolił temu gatunkowi muzyki na dobre rozwinąć skrzydła (przynajmniej na skalę światową) to śmierć Kurta Cobaina w kwietniu 1994 skutecznie podcięła te skrzydła. Nie słucham Nevermind na okrągło. Wracam do tej płyty raz na kilka miesięcy. Ale wtedy w moich czterech ścianach panuje prawdziwe święto.


Siouxsie - Mantaray - 2007











01. Into A Swan
02. About To Happen
03. Here Comes That Day
04. Loveless
05. If It Doesn't Kill You
06. One Mile Below
07. Drone Zone
08. Sea Of Tranquality
09. They Follow You
10. Heaven And Alchemy

Susan Ballion znana szerzej jako Siouxsie, wokalistka kultowej kapeli Siouxie And The Banshees wraca na scenę muzyczną z po prawie 12 latach posuchy. Wraca (nie licząc mało znaczącej roli na płycie Basementa Jaxxa w 2003 roku) z nowym albumem, który co ciekawe jest dopiero jej pierwszym solowym dziełem. Siouxsie And Banshees teoretycznie nie istnieją już od wydania albumu The Rapture z 1995 roku. Nie liczę krótkiego, odbębnionego Reunin Tour w 2002 roku - co ciekawe, choć od tego momentu kompletnie nic nie zrobili nie ma informacji nawet o chwilowym zawieszeniu działalności. Tak więc czas na pierwszy album Siouxsie pod tytułem Mantaray. Czym różni się od chociażby ostatnich dzieł macierzystej grupy? Na wspomnianych The Rapture grupa Siouxue And The Banhees w bardzo przyzwoity sposób zabawiła się z alternatywnym rockiem z elementami popu i post punka (sztandarowy gatunek dla tego zespołu). Wyszło bardziej przyziemnie i bardziej przystępnie niż na innych krążkach. Zaczynając słuchać Mantaray oczekiwałem czegoś w tym stylu tylko dopasowanego do współczesnej sceny muzycznej. Trochę się pomyliłem...

Po pierwszym przesłuchanie zwraca na siebie uwagę szczególnie wyraźnym brzmienie elektroniki oraz pokaźnej gamie tych wszystkich efektów, które tak kocham jako smaczki ukryte gdzieś tam na drugim, trzecim planie każdego utworu. Może w samej elektronice nie jest nic niezwykłego, ale na pewno po Siouxsie można było się spodziewać czegoś bardziej rockowego. Ale to dobrze, że zaskakuje, bo trzeba przyznać, że spisuje się ponad przeciętnie. Świetnie prezentuje się About To Happen (klawisze ala 70's), które idealnie wpasowuje się w nowoczesny rynek podobnych produkcji. Idealne dla Kylie Minogue czy...no nie wiem...September? Serio. Brzmi to może groźne, ale jednak w wykonaniu przynajmniej Siouxsie brzmi świetnie. Niezłym kontrastem do About To Happen jest najlepszy na płycie Here Comes That Day, rzecz oparta na dęciakach (ta niepokojąca trąbka!) stylizowana na lata 60. Szkoła śpiewu Pani Bassey się kłania. I to nie tylko w Here Comes That Day, cała płyta jest wypełniona śpiewem z tą charakterystyczną manierą (If It Doesn't Kill You, Heaven And Alchemy). Pomysł przedstawienia trochę zapomnianej muzyki sprzed czterech dekad oprawionej w nowoczesne aranżacja w 100% udany. Loveless to znów przykład wspaniałej chwytliwej elektronicznej kompozycji, tym razem z mocnym mechanicznym beatem i afrykańskim klimatem (brawa za ksylofon). Podobne egzotyczne skojarzenia budzi One Mile Below z rozpędzonymi bębnami i monumentalnym wokalem. Czasem w tle odezwie się...małpa lub jakieś inne dzikie zwierze. Mantaray zresztą napakowany jest ciekawymi samplami i instrumentami. Oprócz ksylofonu słychać harfę, ukulele czy też niejaki hammer dulcifer (wybaczcie ale nie wiem jak to się po polsku nazywa, w przybliżeniu to kilkanaście strun rozpiętych na ramie w kształcie trapezu.....tak, to naprawdę gra!)

Mało wad ma ten krążek, oj mało. Nie mogę napisać z czystym sumieniem, że czegoś nie lubię. Nie potrzebuje podpowiedzi w stylu: ''napisz, że to mało przebojowe, kto Ci to w radiu zagra?'' albo ,,jeden, dwa numery - ok, ale po co od razu zamienić cały album w nowocześnie brzmiący relikt''. Jeśli już się mam czepiać to chyba ostatniej kompozycji czyli Heaven And Alchemy. Trochę wolno się rozkręca, początek przypomina może coś bardziej sakralnego niż pop-rock-elektronicznego, ale potem całość nabiera trochę wigoru dzięki doładowaniu kompozycji dźwiękami płynącymi z pianina i wychodzi przyjemna balladka. Drone Zone to dla mnie na pewno nie jest pięta achillesowa Mantaray, ale pewnie nie każdy lubi jazzujący, lekko kabaretowy nastrój. Skromnie zaaranżowany i zabawny. Pod numerem ósmym kryje się też bardzo udany numer Sea Of Tranquality, może trochę zbyt ‘’oswojony’’. Można było popuścić wodze fantazji i zbudować na tym podkładzie coś bardziej żywiołowego z elementami muzyki hiszpańskiej. Ale miało nie być wad, a już doczepiłem się trzech numerów. Dość! To naprawdę świetny krążek.

Nie spodziewałem się, że ten album tak pozytywnie mnie zaskoczy. Nie myślałem, że w tak oryginalny sposób Mantaray połączy tak różne klimaty jakimi są nowoczesne pulsujące ‘’elektryki’’ (a zwróćcie uwagę jeszcze na wręcz industrialny open track) i coś z przeszłość. Pod względem wokalu również nie ma o czym dyskutować - znakomity. Za same kompozycje wielki plus dla tej płyty, za umiejętności wokalne kolejny, ale największy za niespodziewany styl i klimat (mogę to powtarzać w kółko) w jakim Siouxsie wraca na rynek muzyczny z tak oryginalnym materiałem. Do tego brawa za odwagę, może Mantaray zainpiruje swoim brzmieniem innych artystów? Wszystkim życzę takich powrotów.