piątek, 8 sierpnia 2008

Nowy album Enigmy we wrześniu

Bardzo szybko doczekaliśmy się nowej płyty Enigmy. Następca A Posteriori ukazuje się prawie dokładnie dwa lata po swoim poprzedniku. Jest to najkrótszy okres oczekiwania na płytę Enigmy od czasu albumów z 1994 i 1996 roku. Jeszcze miesiąc temu płyta była miksowana i nie było wiele wiadomo na jej temat, nawet data premiery nie była znana. Teraz znane są już najważniejsze szczegóły.
Album wyjdzie 19 września. Poprzedzi go singiel, na którym znajdą się kompozycje: "Seven Lives" i "La Puerta del Cielo". Zostanie on wydany w formie tzw. podwójnej strony A.
Kompozycja La Puerta Del Cielo do ściągnięcia Z TEJ
STRONY. Po wejściu na witrynę należy przejść w zakładkę DLP. Album opisywany jest jako wielokultorowy pod względem brzmienia. Powrót do lat 90? Byłoby pięknie.














Tracklista:


1. Encounters
2. Seven Lives
3. Touchness
4. The Same Parents
5. Fata Morgana
6. Hell's Heaven
7. La Puerta del Cielo
8. Distorted Love
9. Je T'aime Till My Dying Day
10. Déjà Vu
11. Between Generations
12. The Language of Sound

Piosenki, które znajdą się na limitowanej wersji dzieła:

1. Superficial
2. We Are Nature
3. Downtown Silence
4. Sunrise
5. The Language Of Sound (Slow Edit)

czwartek, 7 sierpnia 2008

Verve w BBC

Wczoraj, o godzinie 19:00 czasu Brytyjskiego, zespół The Verve dał specjalny koncert dla radia BBC ONE. Koncert miał miejsce w ramach audycji Zane'a Lowe'a i trwał niecałe 50 minut. W tym czasie grupa zaprezentowała swoje największe hity + trzy nowe nagrania: Love Is Noise, Rather Be oraz Sit And Wonder. Audycji, i to razem z videozapisem można posłuchać po TYM linkiem.

Kylie Minogue - Impossible Princess - 1997










01. Too Far
02. Cowboy Style
03. Some Kind Of Bliss
04. Did It Again
05. Breathe
06. Say Hey
07. Drunk
08. I Don't Need Anymore
09. Jump
10. Limbo
11. Through The Years
12. Dreams

Z szóstym studyjnym kompaktem Kylie Minogue pod tytułem Impossible Princess, zapoznałem się po wcześniejszym przestudiowaniu paru artykułów, w których ku mojemu zdziwieniu padały zawsze ciekawe słowa-klucze: trip hop, elektronika albo alternative. Posiadając już całkiem spore rozeznanie w jej dyskografii postanowiłem ''zaryzykować'' i pewnego pięknego dnia odpaliłem Impossible Princess, przemianowany w niektórych częściach świata na Kylie Minogue, ze względu na śmierć Księżnej Diany w czasie premiery albumu.

Już pierwszy kontakt z okładką daje do myślenia. Z pewnością fryzura Kylie jest bardzo alternatywna, to samo można poczuć przy przeglądaniu okładek singli promujących całość.
Zacząłem nietypowo, od trzeciej piosenki, ponieważ bardzo interesował mnie wynik kolaboracji między wokalistką, a Jamesem Deanem Bradfieldem z Manic Street Preachers.
Jeżeli ktoś słucha dyskografii Australijki z szybkością 500kb/s i dociera do IP, to i tak wciśnie ''stop'' przy tym numerze. Kylie gra tu gitarowo. Prawdziwa, żywa gitara Jamesa stanowi główny atut tej niezwykle przebojowej kompozycji. Podparta smykami i równie prawdziwą perkusją. To naprawdę głęboki i świeży powiew muzyki, tak innej niż wszystko to co do tej pory zawarte było na każdej płycie poczynając od Kylie z 1988 roku.

Najbardziej soczysty jest za pewne I Don't Need Anymore. Zero elektroniki. Przynajmniej nie czuje się jej wsłuchując się w świetne harmonie i dynamiczną pracę perkusji. Całość kojarzy się z wczesnymi poczynaniami Cardigans, ale na szczęście nie jest tak bardzo super-słodka. Kategorie gatunkowe, o których wspomniałem na początku, również nie są tutaj zmyślone.
Niech nie zmyli cię słuchaczu banalnie brzmiący tytuł Sey Hey. W środku kryje się prawdziwie narkotyczna bomba. Delikatny, klimatyczny i uduchowiony numer zasługuję na przypisek: top 5 na płycie. Minogue prezentuje to swoje najbardziej intymne brzmienie głosu, delikatnie nucąc melodię. Wszystko wyprodukowane przez Brothers in Rhythm, formację odpowiedzialną za większość kompozycji na IP. To zresztą jest strzał w 10. Ich wpływy słychać w kolejnych kompozycjach. Mocne Limbo, znów podszyte partiami elektrycznej gitary, będące lekko freestylowym połączeniem elektroniki i rocka, pokazuje dość swobodny, mocny wokal, który tak często był i jest prze-produkowany na słodki, idealny, wręcz perfekcyjny do bólu. Nie uważam Minogue za świetną wokalistkę. Śpiewa zbyt idealnie i bezbłędnie, nie eksperymentuje na tym polu. Limbo to miła odmiana.
Drunk, zgodnie z tytułem, poi nas fantastycznymi ścianami syntezatorów i klimatem prawdziwych mistrzów gatunku. Mi się kojarzy osobiście z Leftfield, w refrenie za to pojawia się przebojowość znana z Pet Shop Boys. Utwór ma dwie części, ta druga ''bardziej dla ludzi'' trochę traci klimat przysłowiowej ''storm in a teacup'', ale czy nie należy się pochwała za samą próbę (udaną) przełamania konwencji?
Klimat łagodzi znów ocierające się o trip hop Jump. Powolne i leniwe, głęboko nabasowane, elegancko skonstruowane...czy to naprawdę Kylie? Nick Cave i jego Złe Nasiona widocznie wywarły na niej jakiś ZŁY (dla prostoty i kiczu) wpływ nagrywając wspólnie Where The Wild Roses Grow. Trochę weselszy i typowy dla siebie wizerunek pokazuje tak naprawdę jeden utwór. Did It Again. Sprawny popowy numer, orientalnie zabarwiony stał się największym przebojem z płyty. Popularność zyskał również oryginalny teledysk, w którym Minogue zostaje przedstawiona w czterech wersjach samem siebie. Jest ''słodka Kylie'', ''sexy Kylie'', ''tańcząca Kylie'' i...''indie Kylie''. Którą wybieracie?

Did It Again pokazało się na listach przebojów, ale cały album był kolejnym komercyjnym niewypałem (oczywiście w porównaniu z innymi pozycjami w jej dorobku, bo nie jeden artysta marzy o takim sukcesie jak osiągnął IP) i był najgorzej sprzedającym się albumem Kylie jak do tej pory. To ironia, ale im słabiej sprzedawały się jej płyty, poczynając od Rhythm Of Love, przez self-tittled, aż po Impossible Prince, tym lepsza była jej muzyka.
Niestety Minogue ''wyciągnęła'' z tego komercyjnego samobójstwa wnioski i nigdy więcej nie pozwoliła sobie być ''indie girl''. O równie ambitnym, mrocznym, magnetyzującym graniu, takim jak chociażby w otwierającym całość grand-pianinowym Too Far (zapraszam do zapoznania się z listą instrumentów jakie tam zostały użyte!) można tylko pomarzyć. W każdym razie ku mojej szczerej radości album nazwany Impossible Princess pokazał, że naprawdę Imppossible Is Nothing, nawet w przypadku tak kontrowersyjnej i postrzeganej za monotematyczną piosenkarki jaką się Minogue. Brawo. Masz dziewczyno swoje 5 minut u mnie.

wtorek, 5 sierpnia 2008

Notowanie 87 (02.08.08)

AP. PP. LT.

01. 01. 06. The Verve - Love Is Noise

02. 03. 09. Roisin Murphy - Movie Star
03. 05. 07. R.E.M. - Sing For The Submarine
04. 02. 05. Goldfrapp - Caravan Girl
05. 15. 02. Radiohead - House Of Cards
06. 13. 03. Interpol - Rest Of My Chemistry
07. 04. 08. The Dresden Dolls - Lonesome Organist Rapes Page-Turner
08. 10. 05. The Raconteurs - Many Shades Of Black
09. 09. 06. The Fratellis - Mistress Mabel
10. 11. 04. The Cure - Sleep When I'm Dead

11. 06. 09. Elbow - An Audience With The Pope
12. 07. 07. Portishead - The Rip
13. 08. 09. The Good, The Bad And The Queen - The Good, The Bad And The Queen
14. 12. 05. The Last Shadow Puppets - Standing Next To Me
15. 31. 03. Duran Duran - Skin Divers
16. 17. 08. The Cure - Freakshow
17. 14. 08. Tindersticks - The Hungry Saw
18. 21. 02. Marillion - Whatever Is Wrong With You
19. 22. 04. Tricky - Slow
20. 16. 17. Interpol - Pioneer To The Falls

21. 40. 02. Beck - Chemtrails
22. 23. 07. Amy Macdonald - Poison Prince
23. 19. 09. Morrissey - All You Need Is Me
24. 18. 14. Nick Cave & The Bad Seeds - More News From Nowhere
25. 30. 03. Nick Cave & The Bad Seeds - Midnight Man
26. 32. 04. Gabriella Cilmi - Sweet About Me
27. 20. 06. Lowe - A 1000 Miles
28. 24. 11. M83 - Graveyard Girl
29. 26. 07. The Music - Strenght In Numbers
30. 29. 16. Goldfrapp - Happiness

31. 33. 04. Duffy - Warvick Avenue
32. 38. 02. Bloc Party - Mercury
33. NE. 01. Czesław Śpiewa - Mieszko I Dobrawa Jako Początek Państwa Polskiego
34. 39. 04. Sigur Ros - Inní Mér Syngur Vitleysingur
35. 46. 02. Stolen Babies - A Year Of Judges
36. 25. 14. Coldplay - Violet Hill
37. 27. 12. The Cure - The Only One
38. 28. 07. Editors - Bones
39. NE. 01. The Kills - Last Day Of Magic
40. NE. 01. Dirty Pretty Things - Tired Of England

41. NE. 01. Deerhunter - Agoraphobia
42. 42. 04. Primal Scream - Can't Go Back
43. 35. 13. dEUS - Slow
44. 34. 13. The Jesus And Mary Chain - All Things Must Pass
45. 37. 09. Ladytron - Ghosts
46. 36. 06 The Futureheads - Radio Heart
47. 44. 09. The Subways - Girls & Boys
48. 48. 03. Ladyhawke - Paris Is Burning
49. 47. 08. The Hoosiers - Coops And Robbers
50. 41. 12. The Last Shadow Puppets - The Age Of The Understatement

51. 43. 09. Blackfield - Where Is My Love?
52. 45. 18. Portishead - Machine Gun
53. NE. 01 Fleet Foxes - White Winter Hymnal
54. 49. 08. The Dandy Warhols - Wasp In The Lotus
55. 53. 18. dEUS - The Architect
56. 56. 11. Death Cab For The Cutie - I Will Possess Your Heart
57. 52. 13. Coldplay - Viva La Vida
58. 57. 05. The Gutter Twins - God's Children
59. 50. 14. Foo Fighters - Cheer Up Boys (Your Makeup Is Running)
60. 58. 11. Organizm - Głowa

Z listy wypadły:

z 51 - Peter Gabriel & Friends - Everything Comes From You - po 13 tyg.
z 54 - R.E.M. - Hollow Man - po 13 tyg.
z 55 - Guillemots - Get Over It - po 14 tyg.
z 59 - Lao Che - Czarne Kowboje - po 7 tyg.
z 60 - Renton - Walk Aside - po 9 tyg.

Wrony, Policjanci, Parasole...

Wreszcie długo oczekiwana relacja z The Police znajdzie się na blogu. Udało się odzyskać dyskietkę z zapisem moich przeżyć, która przeleżała dobre kilka dni 130 km od miejsca, z którego piszę te słowa.

Zapraszam do lektury...długiej lektury.

THE POLICE - 26.06.08, Stadion Śląski, Chorzów.

Po czwartkowym koncercie The Police, który odbył się na Stadionie Śląskim słuchałem w Programie 3 Polskiego Radia audycji Piotra Kaczkowskiego, po-koncertowej audycji trzeba dodać. Ludzi dzwonili i dzielili się wrażeniami z wydarzenia, które skończyło się ledwie pół godziny wcześniej. Cieszyli się, że The Police wreszcie zagrali w Polsce, podziwiali perfekcyjne przygotowanie techniczne imprezy, mówili, że nie mogli wymarzyć sobie lepszego setu i chwalili zespól za doskonałą formę, taką samą jak 25 lat temu. Z drugiej strony głosy niezadowolenia. Słaby kontakt z publicznością, mała liczba utworów i w końcu często powtarzane zdanie przy okazji wielu koncertów jakie już się u nas odbyły: brak magii.
Nikt jednak nie wspomniał, że koncert ten przekonał go w 100% do muzyki The Police, która od teraz stanie się ważną częścią jego muzycznego warsztatu, bo zespół na żywo to jest niezapomniane przeżycie, którego nie odda muzyka studyjna. Czemu Piotr Kaczkowski nie usłyszał takich słów? Nie udało mi się dodzwonić...

Bilety z allegro, na kilka dni przed ‘’świętem’’, aby zaoszczędzić kasę – normalka. Robię tak zawsze i dobrze na tym wychodzę. Wykorzystałem dobrodziejstwo pewnego dziennikarza Gazety Wyborczy, nabywając od niego bilety na najlepszy jak się później okazało sektor, numer 31. Cena też atrakcyjna, na dwóch biletach zaoszczędziłem 80zl w stosunku do ich nominalnej ceny.
Tak jak i rok temu przed występem Genesis około 18:00 odwiedziłem kolegę, który mieszka 10 minut drogi od stadionu. Herbatka, ciasto i w drogę.
Przed Śląskim tradycyjnie grupa ‘’koników’’. Desperaci, próbujący opchnąć swoją drogą całkiem dobre bilety na boczne sektory o 50% taniej.
Wkoło atmosfera wielkiego rodzinnego pikniku. Piwko, popcorn, grill – oczywiście 2 razy drożej nić normalnie, bo policyjnie...Policja (ta bardziej tradycyjna) też była. Nie spodziewałem się, że prawdziwe emocję zaczną się już przy bramkach. Kolejka zmniejszała się sukcesywnie w bardzo szybkim tempie. Moja kolej. Pan z ochrony zauważył parasol. Szybko i bez ceregieli – ‘’Proszę skierować się do depozytu’’. Nie protestowałbym zbytnio gdyby nie tabliczka informująca, że tego dnia będę musiał ponieść dodatkowe koszty w wysokości 50zł (co najmniej dwukrotnie przewyższające wartość oddawanego sprzętu). Sytuację za mną podchwycił pewien gość (też z parasolem), który przybył na stadion z liczną rodziną. Już po kilku minutach grupka osób zaczęła dyskusję z ochroniarzami na temat ‘’pieprzonych przepisów’’ i ‘’cholernej paranoi’’.
W tym momencie usłyszałem gromkie brawa dochodzące z płyty. Pojawiło się Counting Crows. Bez wielkiego namysłu przerzuciłem parasol za ogrodzenie z boku z nadzieją, że po koncercie jakoś go wygrzebię.

Counting Crows to nadal słabo mi znany zespół z Ameryki, inspirujący się muzyką R.E..M. czy Crowded House. Zasłynęli swoim debiutanckim krążkiem August And Everything After z 1993 roku, a teraz niedawno na rynku pojawił się ich pierwszy od 5 lat longplay Saturday Nights And Sunday Morning. Właśnie te dwa krążki dane mi było poznać. Gdy pojawiłem się na swoim miejscu zespół już grał. Zasiadłem na krzesełku numer 6. Ku mojemu zadowoleniu okazało się, że scena jest dokładnie na wprost sektora numer 31. Trochę mnie to zdziwiło, że nawet tak zwane VIP-y mają z pewnością minimalnie (ale jednak!) gorszy kąt patrzenia niż ja. Na obiekcie panowała stała migracja. Z jednej strony stopniowo przybyło ludzi, ale można było zauważyć, że wielu czekało tylko i wyłącznie na gwiazdę tego wieczoru, bo co chwila wstawali ze swoich miejsc, szli kupić coś do jedzenia, zapalić papierosa...
Atmosfera była bardzo miła, choć czułem się dość samotnie. Masę pustych miejsc wkoło siebie. Counting Crows w każdym razie już grali. Postawili na repertuar złożony głównie z żywych i w miarę przebojowych kompozycji. Tak jak napisałem – specjalistą od nich nie jestem, ale udało mi się wychwycić kilka znananych mi numerów (1492, Big Yellow Taxi).

Mimo, że Polska publiczność nie okazała szalonych emocji po następujących po numerach to grupa na pewno zasłużyła na duże brawa. Widać było jak wokalistka wkłada cale serce w śpiewanie, a przy okazji tryska pozytywną energią, która zaczęła udzielać się całej grupie. W końcu był to ich historyczny, pierwszy występ w naszym kraju. Mimo, że nie każdy utwór zapamiętałem i nie wszystko poraziło mnie swoim brzmieniem to również z tej części koncertu będę miał bardzo dobre wspomnienia. Jedno małe ''ale'' pojawia się z mojej strony tylko w jednym momencie, szkoda, że być może najważniejszym.
Przyznaję, że czekałem jak pewnie każdy kto zna choć po części Counting Crows na wielki przebój Mr. Jones z 1993 roku. Pojawił się, a jakże, jednak w dość dziwnej wersji z zupełnie inaczej zaśpiewanym refrenem i niestety dość ''przygłuszonymi organami''. Tak się akurat trafiło, że Counting Crows mieli dość średnie nagłośnienie co dało się słyszeć cały czas. Podczas pierwszego utworu było wręcz tragicznie. Na szczęście wszystko zmieniło się już w następnym utworze – w międzyczasie na wysokie wieże, gdzie ustawiony był sprzęt wdrapał się pewien śmiałek i jak sądzę naprawił wszelkie usterki.
Mr. Jones trafiło widocznie na kolejną małą falę zakłóceń. Separacja instrumentów na ledwie przyzwoitym poziomie. Naprawdę byłem zawiedziony, ale to nie wina muzyków, którzy próbowali w tym kawałku zachęcić do śpiewania widzów co im w ostateczności nie wyszło z wyżej wymienionych powodów. Zeszli ze na około 15 minut przed 21:00. W tym czasie organizatorzy zapewnili dobrą zabawę przy dźwiękach Blondie, The Cure, Raconteurs czy Radiohead.
Tuż po ostatnich dźwiękach Here Comes Your Man grupy Pixies z playbacku zaczął być odtwarzany numer wprowadzający do większości koncertów The Police na drugiej części ich Europejskiej Trasy. Podczas Marley-owego Get Up, Stand Up scena była jeszcze pusta, dało się zauważyć przemierzających ją technicznych, ale każdy już wiedział, że koncert się zaczął.

Po chwili zupełnie niespodziewanie cała trójka muzyków (Sting, Summers, Copeland) pojawia się na scenie i nie czekając na brawa, bez zbędnych ukłonów i przywitań od razu zaczęła Message In The Bottle. Takiego openera, tak histerycznie wręcz przyjętego przez publikę nie widziałem ani na The Cure, ani na Genesis. Momentalnie tysiące rąk znalazły się w górze klaszcząc w rytm do dźwięków hitu z płyty Reggata Da Blanc.
Początek piorunujący. Trzeba przyznać, że zarówno ten jak i każdy kolejny numer jaki został zagrany brzmiał fenomenalnie w wersji koncertowej. W porównaniu ze studyjnymi wersjami, koncertówki prezentowały potężniejsze oraz atrakcyjniejsze brzmienie – technika idzie naprzód.
Designerzy, którzy stworzyli scenę postawili na jakość, a nie na wygląd. Miejsce na którym prezentował się tego wieczora zespół nie było w jakimś szczególny sposób wyjątkowe. W zamian za to umożliwiało osobom siedzącym tak jak ja na sektorach komfortowe oglądanie koncertu. Dwa duże ekrany po bokach, plus kolejne dwa ustawione w połowie boiska, umożliwiające podgląd osobom siedzących w najbardziej skrajnych punktach obiektu.
Pośrodku sceny znajdował się jeszcze jeden wielki ekran. A dwie wysokie ściany z multipleksji spełniały rolę miejsca na wszelkiego rodzaju wizualizacje. Podsumowując: 7 ekranów, wszystkie zawsze w użyciu. Ja byłem w tak komfortowej sytuacji, że gdzie bym nie spojrzał wszystko widziałem w perfekcyjnie, jakbym oglądał ‘’żywe DVD’’.

A koncert trwał dalej. Poleciały utwory wypełniające pierwsze krążki grupy: Don’t Stand So Close To Me (oczywiście w oryginalnej wersji, nie tej z 86), Demolition Man czy też Driven To Tears. Wcześniej jednak zespół zaprezentował bardzo żywiołowo przyjęty Hole In My Life, podczas którego przez sektory przetoczyła się tak duża liczba meksykańskich fal ile włosów tego wieczoru było w brodzie Stinga. Trzeba bowiem zaznaczyć, że lider The Police zaprezentował Polskim fanom (ale i nie tylko Polskim, nawet koło mnie siedziała para z Wloch) nowy image, bardzo skrupulatnie pielęgnowany od początku tej odnogi trasy koncertowej. Nie ma co ukrywać, że wokalistka wyglądał w nowym wizerunku bardzo dobrze. Kto by pomyślał, że ma już 56 lat.
Meksykańska fala powtórzyła się jeszcze tylko raz, w kolejnym utworze zagranym po Hole In My Life, ale przy Voices Inside My Head zupełnie zamarła – i tak do końca imprezy.

Słuchacze dzwoniący po koncercie do Minimaxu narzekali trochę na fanów, którzy podobno w małym stopniu angażowali się w koncert. Od razu pragnę napisać, że to kompletna bzdura! (co zresztą powyższe słowa potwierdzają) Miałem miejsce jakie miałem i wszystko widziałem. Lewą stronę, prawą stronę i cały ''parkiet''. Czego jak czego, ale euforii w zachowaniu fanów nie można było nie zauważyć. Kilka razy pokazali, że w tym dniu Stadion Śląski wypełnił się w całości prawdziwymi miłośnikami zespołu. Ja na pewno żadnego ‘’niedzielnego fana’’ nie dostrzegłęm.
Co prawda podczas znakomitych solówek Summersa m.in. właśnie w utworze Voices In My Head publika raczej słuchała niż szalała, ale to chyba zdrowe zachowanie w takich momentach. The Police zagrali tylko 18 numerów tego wieczoru. Przy ponad dwukrotnie większej liczbie piosenek The Cure 19 lutego w Katowicach liczba ta wydawać może się wręcz i śmieszna, ale spółka Sting/Summer/Coppeland w zamian za to zafundowała nam kilka utworów w bardzo długich i rozbudowanych wersjach. W tak zwanej extended version zostały wykonane największe przeboje grupy, które równocześnie najbardziej porwały tego dnia publiczność.

Było niesamowicie urozmaicone Can’t Stand Losing You, które w porównaniu z oryginałem zostało przeciągnięte spokojnie o jakieś 2 minuty, wybrzmiało też przyjęte z hukiem równym Message In The Bottle kultowe Roxxane, podczas którego na całym stadionie (a była już ciemna noc) zrobiło się krwiście-czerwono. Najlepiej tego wieczoru wypadł jednak numer So Lonely, czwarty, trochę mniej znany singiel z pierwszego krążka grupy Outlandos D’ Amour, który z biegiem lat stał się sztandarowym hymnem Policjantow. Mamy w tym wypadku do czynienia z reggae’ową, bardzo rytmiczną zwrotką (jak sam Sting mówi – ‘’Bezczelnie zerżniętą z No Woman, No Cry) i błyskawicznie rozpędzającym się prostym refren, podczas którego stadion ryczał ‘’So lonely, so lonely, so lonely...’’ – i tak w nieskończoność. Znów nie dał o sobie zapomnieć Andy Summer rozwijając swoje gitarowe solo o ładne kilka sekund i co za tym idzie przedłużając całą zabawę – znów ponad 5 minut radości.
The Police to zespól, który na przestrzeni lat, koncertując w każdym prawie zakątku świata sprawił, że grupa nie ma utworów nie znanych, które spływały by po widzach tak jak to miało miejsce z niektórymi piosenkami Counting Crows.

Nie jestem więc wstanie napisać zdania ‘’W tym momencie zespół sięgnął po mniej znany utwór...’’ W zamian za to bez problemu wymienię kolejne hity jakie zostały zaprezentowane tej nocy. Jednym z najlepszych fragmentów widowiska i bardzo wyczekiwanym przeze mnie kawałkiem było Invisible Sun. Ktoś napisał, że to tak jakby Pink Floyd zaczęło grać w stylu Police. Coś w tym jest. Z jednej strony dość chłodna zwrotka, a potem lekko jazzujący refren. Pięknym pomysłem było w momencie grania tego kawałka ukazanie na głównym ekranach twarzy dzieci z różnych części świata. Wszak to utwór skomponowany dla dzieci Belfastu, Belfastu wojennych lat... Im dłużej koncert trwał tym więcej pojawiało się numerów z kultowego albumu Synchronicity z 1983 roku. Jeszcze w podstawowym secie zabrzmiał Wrapped Around Your Fingers (Niesamowity widok gdy Copeland uderza w monstrualny bęben znajdujący się na środku sceny), a na bis zespól zaprezentował King Of Pain oraz oczywiście Every Breath You Take. Brakowało mi utworów tytułowych, zarówno pierwszej jak i drugiej części. Ale Synchronicity z tego co zdążyłem przeczytać w internecie nie pojawiają się na koncertach nie tylko w ramach Europejskiej trasy.

Bisy były dwa. Pierwszy po Can’t Stand Losing You. Publiczność nie przestała bić braw ani na moment, a trzeba przyznać, że przerwa nie trwała przysłowiowe dwie minuty. Zauważyłem w tym momencie coś czego nie dane mi było oglądać podczas poprzednich dwóch wielkich imprez na których byłem. Nikt, ale to nikt nie opuścił swoich miejsc! Nie zauważyłem żadnych odchodzących z trybun czy też wychodzących przez przejścia dla fanów, stojących na murawie osób. Wszyscy pozostali na swoich pozycjach, gotowi na przyjęcie kolejnej dawki pozytywnych wibracji. Myślę, że to doskonale pokazuje to o czym już wcześniej wspomniałem, myślę, że to pokazuje kto był obecny na tym koncercie. I ciekawe co w tym momencie myśleli fani The Cure, podobno jedni z najbardziej zżytych i oddanych.

Na ekranach pojawiła się wizualizacja graficzna płyty Ghost In Machine, a chwilę potem na scenę wrócił Sting kłaniając się 50 tys. obserwatorom.
Zaczęli od Roxxene. Pojawiły się również wspomniane King Of Pain oraz So Lonely. Po tym ostatnim zespół zrobił krótką pauzę. Ja już wiedziałem co się szykuje. Cała trójka pozwoliła na to aby brawa dobiegły końca (co nie było takie oczywiste), pozwoliła na chwilę odpocząć wyeksploatowym do granic wytrzymałości instrumentom. Po chwili z gitary Summersa popłynęły jedna z najpiękniejszych linii melodycznych w historii. Rozpoczęło się Every Breath You Take. To był kolejny magiczny moment tego koncertu. Kolejna chwila kiedy potwierdziła się renoma miłośników The Police. Wszyscy ludzie momentalnie powstali. Na nogach był cały stadion, już nie tylko płyta i okolice. Oczywiście nie byłem wyjątkiem.

Czy może być coś cudowniejszego niż usłyszeć taki numer na żywo. Nie ukrywam, że oprócz So Lonely i Invisible Sun czekałem na tek kawałek najmocniej. Wiedziałem, że go zagrają, choć w porównaniu z innymi setlistami z ostatnich dni zespół przesunął Every Breath You Take na prawie sam koniec. To była doskonała decyzja.
Wykonanie tego klasyka całej muzyki rozrywkowej też było odrobinę inaczej zaaranżowane. Początek bez bębnów, jakby akustyczny. Spodziewałem się, że to taki krótki fragment intro i zaraz ruszy ''pełny'' numer, a jednak szybko wszedł wokal Stinga. Można rzec, że z sekundy na sekundę całość stopniowo się rozkręcała. Na końcu w prezencie cała wyliczanka zaczynająca się od słów ‘’Every’’ została jeszcze raz powtórzona. Owacja. Owacja. Owacja..

The Police znów opuścili scenę, tym razem wyczuwając całą tą magiczną otoczkę i nie chcąc jej przerywać wrócili na nią po kilku sekundach by odegrać już naprawdę ostatni Next To You. Kolejny dynamiczny i przebojowy kawałek z debiutanckiej płyty tria. Fani nie zrezygnowali z pozycji obranej przy poprzednim utworze i również na stojąco spędzili ostatnie chwile koncertu. Teraz już wszystko toczy się jak zwykle błyskawicznie.

Copeland opuszcza swoje miejsca za bębnami i podchodzi do dwójki pozostałych muzyków. Kilka wspólnych ukłonów, ale zero deklaracji, zero słów. Czy to dobrze czy źle? Malkontenci zarzucić pewnie by chcieli, że znów słaby kontakt z publicznością. Ja natomiast potraktuję to w taki sposób, że zespół nie powiedział: ''Żegnajcie, to był nasz pierwszy i ostatni koncert tutaj''. Światła się zapalają i stadion powoli zaczyna pustoszeć. W tym momencie mógłbym skończyć, ale może niektórych zainteresuje afera parasolowa.


Odszukałem miejsce w którym jak mi się wydawało dobrze schowałem parasol. Niestety. Nic nie znalazłem. W zamian za to zupełnie przypadkowo ekhm....dostał się w moje ręce bardzo elegancki i nowoczesny model z kilkoma bajeranckimi przyciskami, które pozwalają regulować różne funkcje parasola jak mniemam. Słowa te piszę siedząc na krótkim urlopie na wsi i nie mam w tej chwili okazji zbyt obrazowo przedstawić tego eksponatu. W każdym razie sądzę, że to kolejna pozytywna rzecz jaka spotkała mnie tego wieczoru, a ponieważ nie miałem z sobą aparatu ani kamery, tylko komórkę na której fotki wychodzą tak jak wychodzą to ten parasol będzie najpiękniejszą pamiątką jaką zachowam po koncercie legendarnej grupy The Police 26 Czerwca 2008 roku.

PS:







wtorek, 29 lipca 2008

Urlop: 29-6 sierpnia

Druga faza mojego urlopu zaczyna się dziś po południu. Nie będzie mnie do 6 sierpnia. Jak wrócę, to w końcu zamieszczę to nieszczęsne sprawozdanie z koncertu Police, a i zbierze się pewnie materiału i na kilka ciekawych niusów oraz recenzji.
Pozdrawiam wszystkich czytelników.

Goldfrapp - Supernature - 2005










01. Ooh La La
02. Lovely 2 C Y
03. Ride A White Horse
04. You Never Know
05. Let It Take You
06. Fly Me Away
07. Slide In
08. Koko
09. Satin Chic
10. Time Out Of The World
11. Number One

Przeszło już chyba zupełnie miłośnikom pierwotnej wersji Goldfrapp. W stosunku do Supernature mało kto nie liczył na powrót do korzeni. I nie zawiódł się. Przeszło też najwyraźniej samemu zespołowi, który po raz kolejny zmienił swoją ''orientację''. Progresja w kierunku ''uczłowieczenia'' brzmienia trwa. Supernature w znaczący sposób zapisał się w kartach popkultury w 2005 roku i zrobił z grupy gwiazdę, która od tamtej pory zawsze dostaję od wszędobylskich dziennikarzy dodatek w stylu: - ''Jesteście ikoną'' - a biedna Alison ciągle musi odpowiadać: - ''Nie, nie jesteśmy, nie wiem o co Ci chodzi''.
W porównaniu z poprzednikiem Goldfrapp urozmaicił brzmienie, postawił na ''potężne refreny'', zaczął bawić się też nowymi instrumentami. Po raz pierwszy pojawiła się elektryczna gitara(!), wcześniej uznawana za wroga z powodu swego ''zbyt rozpoznawalnego brzmienia i rytmu'' jak sami wyrazili się członkowie.

Instrument ten dobrze słyszymy w otwierającym płytę i najwcześniej poznanym (singlu) Ooh La La. I nie jest to w żadnym wypadku żadna imitacja. Zespół stworzył - mimo zerowego doświadczenia na tym polu - bardzo elegancki riff, wpasowany pod prawdziwa synthpopową bombę. Materiał nadający się do wielokrotnego remixowania. W końcu najbardziej sexowny hit 2005 roku. Trochę tych tytułów Ooh La La zdobyło. Stało się też najbardziej rozpoznawalnym elementem twórczości Anglików. Razem z Lovely 2 C U tworzą niezapomniany początek Supernature. Pełne energii i najlepszego dyskotekowego smaku. Elektronika w wersji Goldfrapp jak zwykle dość oszczędna, można sobie wyobrazić co by było gdyby....
Miłośnicy rozrywkowych brzmień nie mogą nie pokochać tej płyty. Jak ktoś woli coś bardziej ''nadziemnego'' to przerzuci się na ''około narkotyczne'' Ride A White Horse (śliczna łupanka) albo przejdzie na ostatni singiel z płyty Fly Me Away, słodki, lekki i bardzo przestrzenny.
Supernature to pierwszy krążek, który zgarnął ogólnie dość zróżnicowane recenzje. Nie było to już żadne zjawisko niczym Felt Mountain, w porównaniu do mrocznego (szczególnie właśnie w porównaniu do siebie) i nabitego undergroundową elektroniką Black Cherry.

Zgadzam się, że wygładzili brzmienie i postanowili już więcej nie grać tylko w roli supportu. To zrozumiałe. Skoro jednak trzymali w garści setki tysięcy fanów, widocznie byli i są nadal wystarczająco elastyczni w tym co robią i może...przede wszystkim są elastycznym zespołem.
Jakby z zawiści wielu krytyków pomijało te bardziej sentymentalne podróżne w stronę korzeni grupy. Wprawne ucho nie przeoczy Time Out From The World, które budzi skojarzenia z Pilots z pierwszej płyty, tylko jest jakby ''szybsze'' mimo swej balladowej idei.
Let It Take You budzi jeszcze większy ucisk w sercu. Po pierwsze zatrzymuje pędzony Supernature, rozpoczyna się i cały czas ''jedzie'' na uroczym fortepianowym motywie, jest bardzo oszczędne w aranżacji, a Alison wreszcie wyrywa się z panującej dookoła klawiszowego getta i pokazuje najważniejszy według mnie atut duetu.
Propo głosu, to kieliszki pękają, a skala znów drży w ciągu trzech minut utworu You Never Know, gdzie Alison przechodzi przez prawie całą skalę wokalu jakim śpiewa. Za to największe emocje, szczególnie wśród Polskich miłośników grupy zapewnia utwór Satin Chic, dla wielu kojarzący się już po wieki z reklamą pewnej pasty do zębów i będący równie często wyznacznikiem geniuszu co totalnego kiczu Goldfrapp. A to przecież niewinna retro piosenka ujawniająca wciąż żywe wpływy disco-kabaretowe, z dużą dozą nietypowego (jak zwykle) humoru wokalistki. Will i Alison zgodnie wskazują na Satin Chic w zabawie na ulubiony numer z własnej płyty.
Na koniec jeszcze jeden hit. Zamykający album ''klawiszo-mdły'' (nowe słówko! - a efekt świetny!) Number One. Kolejny duży hit swoich czasów. Również utrzymany w dość humorystycznej konwencji, lecz traktujący o ludzkich uczuciach w związku i o istocie tego obustronnego ''poświęcenia''. Tak jak Polakom w pamięci na zawsze zostanie Satin Chic, tak wszystkim innym na pewno zapadł głęboko w podświadomości zapadł teledysk do Number One. Alison naśladująca zachowania najlepszych przyjaciół człowieka (pod fragment: ''I'm like a dog to get you''), którzy przy okazji sami są głównymi bohaterami opowieści i czekają w kolejce na operacje plastyczną. Zmyślne.

Wreszcie udało się wejść do 10 najlepiej sprzedawanych singli i płyt w Wielkiej Brytanii. Pomysł połączenia swojej chęci tworzenia coraz to innej muzyki + solidny obóz inspiracyjny pod przewodnictwem New Order sprawdziły się w 100%. Nawet dość zachowawczy i bezwzględny dla muzyki z pogranicza popu i elektroniki Rolling Stone pozwolił cieszyć się Supernatire 32 miejscem wśród najlepszych płyt roku. Pyszny i zarazem toksyczny Supernature jest doskonałym dowodem na to, że popularność nie boli, a ''święta'' alternatywa często bywa zbyt mało alternatywna i nie dobierze się takim produkcjom do szyi.



niedziela, 27 lipca 2008

Goldfrapp - Black Cherry - 2003










01. Crystalline Green
02. Train
03. Black Cherry
04. Tiptoe
05. Deep Honey
06. Hairy Trees
07. Twist
08. Strick Machine
09. Forever
10. Slippage

Już kilka miesięcy po premierze pierwszej płyty zespołu (Felt Mountain) wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na rozwinięcie tej ''bajki'' i na dalsze udoskonalenie doskonałości jak mogłoby się wydawać. Jednak para muzyków wcale nie zamierzała pójść tak od razu za ciosem. Sprezentowała sporą liczbę singli, porobiła trochę ''na boku'', aż w końcu w zupełnie innym klimacie studia Bath (szczury zostały zastąpione neonami) rozpoczęła pracę nad Black Cherry wydanym w kwietniu 2003 roku. Dla kogoś ten miesiąc kojarzyć będzie się już nieodzownie z upadkiem pewnej muzycznej idei i stylu, którego Goldfrapp był ostatnim liczącym się przedstawicielem. W trakcie prac nad płytą, ze studia w Bath dochodziły informację, że eksperymentują, ale przecież czy Felt Mountain nie było jednym wielkim eksperymentem i jedyną ocalałą białą owcą w stadzie czarnych jak smoła przedstawicieli sceny pop/elektronicznej 21 wieku?
To teraz stali się czarni! Gdzie operowe wokale, gdzie majaczące w oddali orkiestrowe aranże?
Zamiast tego jest bardzo ostry beat, dużo syntezatorów i ośmielę się napisać, podwaliny producerskiego warsztatu Pharella.

Taki bezpretensjonalny, ostry i głęboki dźwięk słychać już na samym początku płyty. Crystalline Green to wyraźny zwrot w kierunku sceny klubowej i dyskotek. Głos Goldfrapp wpasowuje się w ten schemat ukazując ją na Black Cherry w roli ''Lady Sex''.
Singlowy Train to przede wszystkim fantastyczny, stopniowo narastający ''tępy'' motyw, który służy jako ''podkładka'' pod refren: '' Can't stop, oh off the train. Train, yeh, yeh, yeh''. Całość po prostu kipi sexem co zrozumie nawet największy ślepiec po obejrzeniu teledysku.
Równie dziki, jak nie wręcz ''psychiczny'' wyraz posiada kolejna piosenka, która jako trzecia promowała Black Cherry na małej płytce - Twist. Utwór z doskonale dopasowanym do siebie tytułem to perfekcyjna, zadziorna elektronika, taka, która nawet MNIE skłoniła by do pójścia wieczorem na ''mocną'' imprezę. Plus wydzierająca się Alison i przypominający ryk kocura beat!
Rozumiem doskonale, że część materiału może przyprawić o palpitację serca, w szczególności te osoby, które jako wyższe wartości ceniły sobie elementy z debiutu. Ale skoro po prawie 3 latach ten sam zespół potrafi tak fajnie zabawić się z fanami, tak zmienić swój poziom inspiracji (podobno tym razem były to: disco lat 70,80 i i techno!) i muzykę jaką wykonuje to czemu nie, czemu w to nie wejść razem z nimi?

Nie wszystkie mosty zostały spalone. To co zostało mimo wszystko z Felt Mountain to teksty, podobnie fantazyjne i jedyne w swoim rodzaju - kto bowiem wykorzystuje zwierzęta do opisywania ludzkich uczuć, emocji i statusu społecznego? Black Cherry oferuje również debiuto-podobne melodie, które bez problemu znalazłyby się na płycie z 2000 roku, może nawet były z niej odrzutami, gdyby...
...taki Deep Honey pozbawiony był zupełnie w kółko i w kółko powtarzającego się motywu bardzo ''spłaszczonych'' i przygaszonych klawiszy. Słychać nawet w tym te marzycielskie gitary, jak w Lovely Head. Jeszcze bardziej naturalny wydaje się Hairy Trees, a to dzięki atmosferze budowanej za pomocą dźwięku fletu...i co z tego, że wygenerowanego z komputera? Piosenka dalej nabiera trochę tempa, ale z drugiej strony pojawia się ten najpiękniejszy wokal Alison, który co trzeba obiektywnie przyznać na tle całej płyty, z racji muzyki i produkcji jaka musiała zostać zastosowana, jest trochę z tyłu.
Płyta ma bardzo zwinnie ułożoną tracklistę. Zespół z udanym skutkiem pomieszał te szybsze i mocniejsze (Train, Twist) z bardziej nastrojowymi numerami (Hairy Trees, Forever).
Zwrócić można uwagę na fakt, że jest to ostatni jak dotąd album Goldfrapp gdzie pojawił się numer instrumentalny. Odpowiednikiem Felt Mountain czy też Oompa Radar został na Black Cherry kawałek Slippage, prezentujący jakby bardziej industrialne i techniczne oblicze podopiecznych Mute.

Jasnym jest chyba, że nikt nie kopie pod sobą dołków, chyba, że jest tak jak w tym przysłowiu...
Jakby na to nie patrzeć w 2003 roku Goldfrapp stracił przychylność wybranych mediów, a jednocześnie nastąpiła pewnie spora rotacja miłośników ich muzyki. Płyta zgarnęła bardzo pozytywne recenzje, znakomicie w porównaniu z wcześniejszym okresem radziły sobie również single, z których najpopularniejsze (Train i najbardziej retrowy w zestawie Strict Machine) doszły do czołowej 30 Uk Singles Chart. Wreszcie udało zaistnieć się również w Ameryce, choć było to jeszcze zjawisko dotyczące wyłącznie sceny dyskotekowej. Black Cherry to zupełnie niespodziewany zwrot w kierunku nowego synthpopowego brzmienia grupy, to z pewnością nie krok w tył. Alison i Will pokazują natomiast, że są w stanie tworzyć udane pozycje NIGDY nie wchodząc do tej samej wody dwa razy i tak jest go dziś. Chwała im za to.





sobota, 26 lipca 2008

Goldfrapp - Felt Mountain - 2000










01. Lovely Head
02. Paper Bag
03. Human
04. Pilots
05. Deer Stop
06. Felt Mountain
07. Oompa Radar
08. Utopia
09. Horse Tears

Jak wielką przemianę artystyczną przeszedł Goldfrapp w ciągu ostatnich 8 lat wie każdy kto choć raz posłuchał Felt Mountain. Wie, bo przecież jak mógłby od tamtego momentu pozostać obojętny na muzykę angielskiego duetu? Śledził zapewne każdy kolejny album, aż do najnowszej pozycji Seventh Tree, ale i tak w głębi serca liczył zawsze na jak największą spuściznę po melodiach z pierwszego krążka. Kto nie pamięta tamtych ''zamierzchłych'' czasów powinien koniecznie przeczytać najbliższe ''x-naście'' zdań i więcej nie dziwić się czemu ''poważne radia'' wolą grać najstarsze piosenki grupy. Przed tobą czytelniku długi tekst. Przestudiuj uważnie, bo nie będziesz miał zielonego pojęcia o tym ''dlaczego'' i ''jak'' to się dzieję u Goldfrapp.

W tak skrajnym miejscu jak mały domek w hrabstwie Wiltshire mogło powstać tylko dzieło wybitne lub nędzne. Całe szczęście ''krocie robactwa'' - jak sama opisywała innych mieszkańców studia Alison Goldfrapp - nie wpłynęły destrukcyjnie na materiał i opcja pierwsza wygrała.
Do tanga trzeba wszak dwojga. Dlatego w połowie 1999 roku udała się tam razem w towarzystwie Willa Gregory'ego. Z dzisiejszego punktu widzenia ciężko sobie wyobrazić współpracę ''stereotypowego'' Anglika i równie szalonej co tajemniczej osobowości jaką jest Goldfrapp. A jednak się udało. ''Są tylko dwie rzeczy, których nie robię z Willem. Nie śpię z nim i nie piszę wspólnych tekstów'' - pół-żartem pół-serio wyjawiła w jednym z wywiadów po premierze drugiej płyty (Black Cherry) wokalistka. Tandem ten działa znakomicie na tych samych zasadach po dziś dzień. W 1999 ich dwa, bardzo odległe światy musiały przejść pierwszą próbę, która zaowocowała w końcu Felt Mountain. Kariera Goldfrapp do tej pory przebiegała wyłącznie w roli gościa na cudzych płytach. Najpierw był Orbital (Bracia Hartnoll odkryli ją podczas gdy....jodłowała dojąc krowę podczas koncertu na uniwersytecie gdzie studiowała - czy to nie daje do myślenia?), potem współpraca z Trickym i pierwszy duży przebojów - Pumpkin. ''Usamodzielniła się'' dopiero po spotkaniu gościa, który dużą część swojego życia spędził związany z tak zwaną ''sceną Bristolską'' i był znakomitym saksofonistą.

Najpierw był Human. Zrodzony zanim jeszcze powstał Goldfrapp. Miał pierwotnie trafić na jakiś podrzędny soundtrack produkowany przez Willa, ale ostatecznie demo nie zostało ukończone.
Na płycie pojawia się w roli ''czarnego charakteru'' i brzmi jakby faktycznie został wyjęty ze ścieżki dźwiękowej do filmu ''noir'' albo o przygodach agenta 007. Słychać tu Portishead, którego zresztą jeden z członków podsumował piosenkę słowami: pikantny demonizm.
Prawdę mówiąc wyciąłem ten fragment z wypowiedzi podsumowującej w jego mniemaniu całą płytę, ponieważ sam z siebie nie potrafię znaleźć drugiej takiej piosenki do której pasowała by ta łatka.
Może Oompa Radar? Wyjęty wprost z wesołego miasteczka przypomina bardziej hołd oddany Beatlesom i ich cyrkowi Pana Kite'a. Horse Tears? Przy delikatnym akompaniamencie fortepianu i tu również dostajemy porcję club-kaberetowego grania. Co z tego jak i tak wszyscy płaczą? A Lovely Head? Tu już prędzej... Pełen nostalgii, zimny i ukazujący fantazyjne podejście do tekstu: ''Frankenstein would want your mind, your lovely head'' Jest to równocześnie pierwszy singiel z Felt Mountain, choć wydawałoby się, że nie ma tu miejsca na szukanie hitów.
Lovely Head otwiera album i zarazem prezentuje wszystko to co najlepsze w muzyce Felt Mountain. Pokazuje przede wszystkim jej naturalność, delikatność z jaką płynie do uszu i prawdziwe czary. Magiczne są niezmiernie piękne partie orkiestrowe, akustycznej gitary, głębokie basy i w końcu najbardziej magiczny z magicznych głos Alison Goldfrapp, szczególnie w wydaniu operowym.
Głos to przecież instrument, tutaj najlepszy. Z pewnością nagrania w konwencji głos + jeden dowolny instrument na tło, byłyby również znakomite. Nie ukrywam, że Goldfrapp jest moją ulubioną wokalistką, a to co robi na Felt Mountain automatycznie przenosi mnie w inny wymiar...podobno głosu w ogóle nie ćwiczy. Najbardziej ''nośna'' na płycie Utopia (hołdujący Marlenie Dietrich) to najbardziej wyraźny i dostrzegalny przykład tego zjawiska. Nie wypada zapomnieć przy okazji o wręcz ''utopijnie genialnej'' partii syntezatora w refrenie.
Po za tym wystarczy jeszcze posłuchać jeszcze instrumentalnego kawałka tytułowego gdzie Goldfrapp śpiewa, żadnych tekstów, sam śpiew.

Na tym albumie dzieję się tak wiele dziwnych, nie pojętych rzeczy i w warstwie wokalnej i stricte-muzycznej, że nie sposób dobrać dobrych słów by opisać klimat bohatera dzisiejszej recenzji. Włodarze Mute Records powinni zamieścić na okładce informacje: ''Produkt w 100% naturalny. Wszystkie głoso-podobne dźwięki to wokal Alison''. To oczywiste, że jest za wcześnie na tezy typu: płyta wszechczasów - ale w pewnością jest to mało tuzinkowe, tajemnicze i bardzo marzycielskie nagranie. Niby Trip-hopowe, podobno również jest to ostatni WIELKI przedstawiciel tego gatunku. Ja bym jednak określił Felt Mountain jako płytę elektroniczną z najlepszymi elementami muzyki popowej, trip hopowe i kabaretowej.

Dla wytrwałych i wciąż zgłodniałych po niecałych 40 minutach spędzonych z podstawową wersją Felt Mountain, proponuję zapoznać się z tzw. Deluxe Edition. Oprócz kilku remixów znajduję się tam singlowa wersja numeru Pilots oraz numer, który nie wszedł na album, aczkolwiek na niego został pierwotnie nagrany - U.K. Girls (Physical). Piosenka z 1981, pierwotnie wykonywana przez Olivie Newton John, tutaj zdecydowanie została poskromiona i wyzwolona ze swojej popowej aranżacji.
Felt Mountain = Feel Goldfrapp. Nic dodać nic ująć.

Notowanie 86 (26.07.08)

AP. PP. LT.

01. 02. 05. The Verve - Love Is Noise

02. 01. 04. Goldfrapp - Caravan Girl
03. 03. 08. Roisin Murphy - Movie Star
04. 04. 07. The Dresden Dolls - Lonesome Organist Rapes Page-Turner
05. 09. 06. R.E.M. - Sing For The Submarine
06. 06. 08. Elbow - An Audience With The Pope
07. 08. 06. Portishead - The Rip
08. 05. 08. The Good, The Bad And The Queen - The Good, The Bad And The Queen
09. 16. 05. The Fratellis - Mistress Mabel
10. 12. 04. The Raconteurs - Many Shades Of Black

11. 14. 03. The Cure - Sleep When I'm Dead
12. 21. 04. The Last Shadow Puppets - Standing Next To Me
13. 26. 02. Interpol - Rest Of My Chemistry
14. 07. 07. Tindersticks - The Hungry Saw
15. NE. 01. Radiohead - House Of Cards
16. 11. 16. Interpol - Pioneer To The Falls
17. 15. 07. The Cure - Freakshow
18. 13. 13. Nick Cave & The Bad Seeds - More News From Nowhere
19. 10. 08. Morrissey - All You Need Is Me
20. 27. 05. Lowe - A 1000 Miles

21. NE. 01. Marillion - Whatever Is Wrong With You
22. 24. 03. Tricky - Slow
23. 25. 06. Amy Macdonald - Poison Prince
24. 19. 10. M83 - Graveyard Girl
25. 18. 13. Coldplay - Violet Hill
26. 20. 06. The Music - Strenght In Numbers
27. 17. 11. The Cure - The Only One
28. 29. 06. Editors - Bones
29. 22. 15. Goldfrapp - Happiness
30. 31. 02. Nick Cave & The Bad Seeds - Midnight Man

31. 42. 02. Duran Duran - Skin Divers
32. 37. 03. Gabriella Cilmi - Sweet About Me
33. 34. 03. Duffy - Warvick Avenue
34. 23. 12. The Jesus And Mary Chain - All Things Must Pass
35. 30. 12. dEUS - Slow
36. 28. 05. The Futureheads - Radio Heart
37. 32. 08. Ladytron - Ghosts
38. NE. 01. Bloc Party - Mercury
39. 41. 03. Sigur Ros - Inní Mér Syngur Vitleysingur
40. NE. 01. Beck - Chemtrails

41. 35. 11. The Last Shadow Puppets - The Age Of The Understatement
42. 44. 04. Primal Scream - Can't Go Back
43. 33. 08. Blackfield - Where Is My Love?
44. 39. 08. The Subways - Girls & Boys
45. 36. 17. Portishead - Machine Gun
46. NE. 01. Stolen Babies - A Year Of Judges
47. 49. 07. The Hoosiers - Coops And Robbers
48. 53. 02. Ladyhawke - Paris Is Burning
49. 43. 07. The Dandy Warhols - Wasp In The Lotus
50. 40. 13. Foo Fighters - Cheer Up Boys (Your Makeup Is Running)

51. 45. 03. Peter Gabriel & Friends - Everything Comes From You
52. 48. 12. Coldplay - Viva La Vida
53. 51. 17. dEUS - The Architect
54. 46. 13. R.E.M. - Hollow Man
55. 50. 14. Guillemots - Get Over It
56. 59. 10. Death Cab For The Cutie - I Will Possess Your Heart
57. 52. 04. The Gutter Twins - God's Children
58. 54. 10. Organizm - Głowa
59. 38. 07. Lao Che - Czarne Kowboje
60. 47. 09. Renton - Walk Aside

Z listy wypadły:

z 55 - The Kooks - Shine On - po 5 tyg.
z 56 - Radiohead - Nude - po 18 tyg.
z 57 - Lao Che - Hydropiekłowstąpienie - po 16 tyg.
z 58 - Nine Inch Nails - Discipline - po 13 tyg.
z 60 - Elbow - Grounds For Divorce - po 15 tyg.