niedziela, 22 czerwca 2008
Chinese Democracy coraz bliżej
The Verve - Love Is Noise
Bezpośrednie dojście do strony audycji: http://www.bbc.co.uk/radio1/zanelowe/
sobota, 21 czerwca 2008
Pet Shop Boys - Please - 1986
02. West End Girls
03. Oppurtunities (Let's Make Lots Of Money)
04. Love Comes Quicklu
05. Suburbia
06. Oppurtunities (Reprise)
07. Violence
08. I Want A Lover
09. Tonight Is Forever
10. Later Tonight
11. Why Don't We Live Together?
Zanim jednak nastał 24 marca 1986 roku musiało dojść do pamiętnego spotkania w sklepie muzycznym na Kings Road, gdzie znany już dziennikarz muzyczny Neil Tennant i początkujący architekt Chris Lowe kupowali rzeczy potrzebne im do własnych amatorskich poczynań w zakresie muzykowania. Tennant z powodu pracy i co za tym idzie zamiłowania do muzyki, Lowe natomiast wychował się w bardzo muzykalnej rodzinie i miał już za sobą epizod....w progresywnie rockowym zespole Stallion.
Połączyła ich fascynacja muzyką elektroniczną i nowinkami technicznymi, które w połowie lat 80 zasypały rynek sprzętu muzycznego. Wkrótce potem Neil Tennant wykorzystał swoją pozycje w gazecie Smash Hits! i w sierpniu 1983, po koncercie grupy The Police z którą miał przeprowadzić wywiad, spotkał się ze znanym producentem Bobbym Orlando.
Wszystkie wspomniane wydarzenia zaowocowały wydaniem kolejno singli: One More Chance, Oppurtunities (Let's Make Lots Of Money) oraz West End Girls. Żadna z kompozycji nie odniosła sukcesu, oprócz West End Girl, które stało się umiarkowanym przebojem w klubach w Kalifornii. Duet jednak się nie poddawał i dostrzegając potencjał tej ostatniej kompozycji wydał ją jeszcze raz na singlu w Październiku 1985 roku. Wyniki były piorunujące. Zarówno lista Uk Chart jak i US Bilboard zostały podbite w 100%. Utwór opowiadający o różnicach między klasą średnią zamieszkująca wychodnią dzielnicę Londynu (East End), a zamożniejszą klasą konsumentów z West Endu został swego czasu uznany nawet najlepszym utworem w historii muzyki. Cytowany czy wręcz rapowany tekst i zimny, angielski wydźwięk kompozycji to główne zalety dzięki, którym Pet Shop Boys błyskawicznie znaleźli się w pierwszej lidze. Wydanie albumu nie stanowiło więc już większego problemu. I tu wracamy do początku naszej historii.
Płyta pojawiła się 24 marca, poprzedził ją jeszcze singiel Love Comes Quickly, który jednak nie zbliżył się popularnością do poprzednika. West End Girls zrobiło jednak swoje. Top 10 w Anglii, Niemczech i nawet Stanach to z pewnością przewyższylo oczekiwania zespołu. Tennant od tego czasu postanowił poświęcić się tylko muzyce i odszedł ze Smash Hit!. A co słychać na płycie? W końcu ponad 3 miliony osób ma ją dzisiaj w swojej kolekcji. Zauważalna jest wyraźnie typowa produkcja lat 80. Dużo syntezatorów, bębnów, ''tasowanych'' beatów i post-amerykańskie brzmienie. Unikalności jednak z pewnością dodaje głos Neila Tennanta, rozpoznawalny, nie do podrobienia. Praktycznie taki sam już od 22 lat. Rozpoczynający całość Two Divided By Zero z wsamplowanymi dźwiękami zabawki Speak And Spell służącej do nauki mowy to na dobry, bardzo mocny początek. Ze wszystkich stron atakuje słuchacza spiętrzone brzmienie klawiszy i sztucznie wygenerowane orkiestrowe wstawki. Dalej według mody, która została zapoczątkowana w tamtym okresie, znajdujemy single, zwykle umieszczane właśnie pod pierwszymi numerami na płytach. Pojawia się nowa wersja Oppurtunities (z video wyreżyserowanym przez Zbigniewa Rybczyńskiego), brzmiące wręcz industrialne dzięki skumulowanemu brzmieniu beatów perkusyjnych. Kolejny mocny pocisk i przykład jak doskonałe teksty potrafi pisać Neil Tennant. Tym razem o dwóch nieudacznikach, typowym osiłku i intelektualiście, którzy próbują zarobić dużą kasę. Oppurtunities pojawia się jeszcze raz jako Reprise w środkowej części płyty. Zaledwie 33 sekundowy wypełniony jest głosami rozmawiających osób i posiada lekko gospelowy charakter. Ogółem nie wnosi nic interesującego do albumu.
W drugiej części Please znajdziemy kolejne świetliste przykłady muzyki lat 80. Tonight Is Forever albo I Want A Lover spokojnie mogłyby być podpisane nazwą Bananarama, Soft Cell czy też Frankie Goes To Hollywood. W międzyczasie kolejny hit, Suburbia, która w swojej pierwotnej wersji brzmi najsłabiej z wszystkich trzech (jest jeszcze singlowa i video mix). Wszystko przez trochę liche, zabawkowe klawisze i dziwną artykulację głosu w refrenie. W dodatku gdzie jest ten klimat grozy z fantastycznego ''mostu''?
Po kilku drobnych zmianach utwór prezentuje się jednak o niebo lepiej w dwóch kolejnych wersjach i jest w kanonie moich ulubionych dokonań Pet Shop Boys. Zespół stawia na przebojowe i chwytliwe melodie. I Want A Lover zwraca uwagę ciekawie zbudowanymi zwrotkami złożonymi z kilku coraz to wyższych akordów przez co otrzymujemy trochę złowrogi nastrój. W refrenie natomiast pojawia się zaskakująca partia trąbki. Po dawce kilku ''exciterów'' chwila oddechu przy Later Tonight. Zagrany tylko na klasyczny fortepian (nie żaden Roland JX-10) i z rozmazaną plamą tego z nawiasu. Tennant w swoim żywiole. Ballada, gdzie można pokazać swoje możliwości wokalne. Ostatni na płycie, to zarazem najbardziej amerykański jak dla mnie Why Don't We Live Together. Jak dobrze słychać, wkład Stephana Hague (Amerykanina, a jakże!), aż nadto wyraźny. Zawodzący refren ''Baby, why don't we live together'' i ''czarny chórek'' (pojawiający się nie tylko w tym utworze) jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. I właśnie ta dość amerykańsko brzmiąca produkcja, spuścizna po pracy z Bobbym Orlando powoduje, że brzmienie takiego Oppurtunities i Tonight Is Forever albo Love Comes Quickly i Violence znacząco się różni. Przez co ma się wrażenie, że płyta to jakby zestawienie piosenek z kilku różnych okresów.
Nie ulega jednak wątpliwości, że Please to bardzo miła dla ucha płyta, poświęcona głównie tematyce miłości ukazanej jednak w sposób androgeniczny, co jak się później okazało miało swoje podłoże. Please w swoim czasie jest także prawdziwą gratką dla DJ zastanawiających się co zapuścić spragnionej przebojów publice. To jeszcze nie jest prawdziwe Pet Shop Boys. Prawdziwe Pet Shop Boys wyciągnie wnioski z zarzutów jakie im tutaj postawiłem i już w następnym roku postara się o lepszego następce.
piątek, 20 czerwca 2008
R.E.M. - Automatic For The People - 1992
01. Drive
02. Try Not To Breathe
03. The Sidewinder Sleeps Tonite
04. Everybody Hurts
05. New Orleans Intrumental No. 1
06. Sweetness Follows
07. Monty Got A Raw Deal
08. Ignoreland
09. Star Me Kitten
10. Man On The Moon
11. Nightswimming
12. Find The River
Oczy moje patrzą w tej chwili (zawsze przy pisaniu recenzji staram się mieć jak największy kontakt z opisywanym przedmiotem) skierowane są na szarą i ponurą okładkę, na której to usytuowana jest enigmatyczna, sześcioramienna gwiazda i napis informujący o tym kto i co zrobił. W środku dla kontrastu ''wściekle'' żółty nośnik, doświadczony już znakiem czasu.
Zupełnie tak samo jak w roku 1998, a trzeba wiedzieć, że to wtedy miałem swój pierwszy kontakt z muzyką wypełniającej to CD. Kupiony podobno w 1993 roku po okazyjnej cenie wydaje się wyglądać identycznie jak wtedy. Automatic w bardzo wyraźny sposób ukształtował mój muzyczny smak i być może dlatego mam do niego taki sentyment, ale na szczęście niejednokrotnie przekonałem się, że nie tylko ja potrafię docenić ten album. To nie wygląda na razie jak poważna recenzja. Trochę sobie powspominałem. Przejdę do konkretów, a ten pierwszy fragment i tak kiedyś pominą, jeśli ktoś będzie chciał użyć moich słów do opisania tej płyty.
Nie muszę chyba nikomu wyjaśniać co stało się w lutym 1991 roku, gdy w stacjach radiowych na całym świecie zabrzmiał pierwszy singiel R.E.M. z albumu Out Of Time pod tytułem Losing My Religion. Skala popularności tego kawałka przerosła oczekiwania do tej pory znanych szerzej tylko USA czwórki muzyków z Athens. Out Of Time był pierwszym z kilku wielkich komercyjnych i artystycznych sukcesów, które zespół osiągnął w swojej dzisiaj już prawie 30 letniej karierze. Automatic jednak go przebił. Z powodu trzy letniej przerwy dzielącej Green i Out Of Time nikt nie przypuszczał, że już pod koniec 1992 R.E.M. pokusi się o nowy materiał. Jednak z powodu braku organizacji większej trasy koncertowej i potrzeby tworzenia (w 1991 roku muzycy mieli dużo niewykorzystanego materiału) na przestrzeni kolejnych miesięcy spotykali się w studiach w Miami, Nowym Orleanie oraz rodzinnym Athens.
Generalnie Automatic różni się od swojego poprzednika. Jest to płyta prawie w 100% akustyczna. Bardziej nastawiona w kierunku muzyki country. Nie trafimy tam też na tak typowo popowe tracki jak Near Wild Heaven i Shiny Happy People. Zmieniły się także teksty. Stipe zaczął pisać więcej o rzeczach trudnych jak ból czy cierpienie i ludzkie (słychać to w Monty Got A Raw Dealm, Sweetness Follows czy protest-songu Ingoreland). Automatic przekazał również pałeczkę organom jako głównemu ''sprawcy'' muzyki. Właśnie perfekcyjne brzmienie tego instrumentu zastąpiło mandolinę, która miała znaczący udział przy komponowaniu Out Of Time. Jak na ironię grupa za wszelką cenę chciała stworzyć dzieło mocniejsze i cięższe od ostatniego albumu, ale ten cel udał się dopiero przy okazji premiery płyty Monster w 1994 roku.
Pierwszym singlem został ponury Drive. Peter Care doskonale dopasował do niego czarno-biały, lekko monotonny i ospały, lecz znakomity videoklip. Nie ma co długo rozwodzić się nad jego brzmieniem. Doskonale znany motyw gitarowy na tle ciężkiej perkusji. Urozmaicony jedynie brzmieniem harmonii i w drugiej części utworu wspaniałej sekcji smyczkowej. Drive uchodzi za jeden z utworów definiujących amerykański rock alternatywny. Podobnych ''smutasów'' jest na płycie więcej. Pełen goryczy Monty Got A Raw Deal, gdzie wyjątkowym gościem staję się wspomniana wcześniej mandolina, rozbujany na basie Sweetness Follows czy lekko obsceniczny, przepełniony zachwycającymi harmoniami, nawiązujący do lat 60 i rodzimej sceny rockowej Star Me Kitten. Z drugiej strony natomiast jest np. trochę nie pasujący do reszty, acz również wyśmienity, bo pełen rockowej werwy Ignoreland, gdzie słychać coś ze Springsteena. A propos nawiązywania do wszelkiego typu rzeczy. Amerykanie w czasie tworzenia krążka słuchali takich wykonawców jak Leonard Cohen, Syd Barett oraz Led Zeppelin. Chyba ze względu na wspaniałe natchnienie jakim wyżej wspomniani artyści musieli napełnić członków R.E.M., Stipe postanowił niejako w hołdzie nagrać dwie z piosenki w repertuaru tych dwóch pierwszych i umieścić następnie na stronach b-singli. Mowa o First We Take Manhattan i Dark Globe.
Jednak i Led Zeppelin miało coś do powiedzenia w sprawie nagrywania popularnego ''Automata''.
Wszystkie partie orkiestrowe na płycie zostały zaaranżowane przez oryginalnego multiinstrumentalisty Led Zeppelin Johna Paula Jonesa. Szczególnie wielki wkład jego osoby słychać w najbardziej klasycznie brzmiącym i kojącym uszy słuchacza swoją delikatnością Nightswimming z wybitną partią fortepianu i bajkową solówka na oboju.
Rynek muzyki country i jego pochodnych to w Stanach rzecz tak pospoliscie Amerykańska i zamknięta dla artystów ze wschodu jak Polskie granice przed 1989. Tutaj panują inne reguły, tu gwiazdami są artyści o których nikt inny na świecie nie wie kompletnie nic. R.E.M., którego album oczywiście zadebiutował na 1 miejscu listy US Hot Country, nie mógł polegać tylko na popularności poprzedniej płyty by przebić się z Ameryki na resztę świata.
Nie mogli podbić serc słuchaczu mocnym i energetycznym graniem, więc zaatakowali z drugiej strony. Everybody Hurts stało się drugim po Losing My Religion hymnem i być może jeszcze bardziej rozpoznawalnym fragmentem dokonań muzyków. Wzruszająca, z początku monotematyczna piosenka w każdą kolejną minutą odsłania kolejne swoje zalety. To tutaj słychać po raz pierwszy, trochę schowane, ale wyraźnie słyszalne brzmienie gitary elektrycznej. To także tutaj trzeba bić brawo Johnowi Jonesowi za finał całej kompozycji.....i ten ''samochodowy'' teledysk. Ciekawostką jest fakt, że to jedyny numer na którym na perkusji nie zagrał etatowy specjalista w tej dziedzinie czyli Bill Berry. Inne sztandarowe numery zawarte na Automatic to m.in ''driver-song'' napisany ku czci Andy'ego Kaufmana czyli Man On The Moon, prezentujący płytę z bardziej energicznej strony, ze słynnym pomrukiwaniem ''yeah, yeah, yeah, yeah'' i kilkoma wokalnymi popisami ala Elvis Presley. Najbardziej żywy i radosny jest jednakże The Sidewinder Sleeps Tonite. Opisujący dość czasem nierealne i nie mające ze sobą związku sytuacje (złośliwą maszynę na pieniądze, kota w kapeluszu albo też zupki w 5 minut) zaraża swoim optymizmem i humorem. Czuć jaka radość bije ze śpiewu wokalisty gdy powtarza w kółko (dokładnie 32 razy w ciągu całego utworu!) fragment ''Call me when you try wake her up!''. Sidewinder, zbudowany na potężnych organowych harmoniach, jest więc małym ewenementem w stosunku do reszty materiału. Słusznie wybrany jako 2 lub 3 (zależnie od państwa) singiel, zdobył nie małą popularność i jest do dziś kolejnym utworem definiującym R.E.M..
Do dnia dzisiejszego niewiele krążków potrafiło dorównać ''Automatowi'' sukcesem jaki stał się jego udziałem na przełomie lat 92/93. Prawie 80 tyg. spędzonych na największej liście płyt na świecie w USA. Ponad dwukrotnie więcej na liście w Wielkiej Brytanii. To robi wrażenie. Nawet na osobach, które zwykle nie interesują takie suche statystyki. Gdyby jednak chociaż taki argument miał je przekonać do zapoznania się z tym albumem....to warto, warto bo moim skromnym zdaniem na żadnej innej pozycji w dziejach muzyki nie znajdą tyle prawdziwego uczucia, emocji czy też z drugiej strony wyciszenia i relaksu....i tak fantastycznego wokalu jakim obdarzony jest Michael Stipe, będący w tamtym czasie w najwyższej formie (która nawiasem pisząc trwa do dziś). Naprawdę nie muszę ze swojej strony przesadnie wynosić tej płyty na ołtarze. Wystarczy napisać: piękna muzyka. Zadziałało?
czwartek, 19 czerwca 2008
Coldplay - Viva La Vida Or Death And All His Friends - 2008
01. Life In Technicolor
02. Cemeteries Of London
03. Lost!
04. 42
05. Lovers In Japan/Reign Of Love
06. Yes/Chinese Sleep Chant
07. Viva La Vida
08. Violet Hill
09. Strawberry Swing
10. Death And All His Friend/The Escapist
Wydawało się już, że na Viva La Vida Or Death And All His Friend (pozwolę sobie używać skrótu Viva La Vida) poczekamy ładne parę lat. Zaraz po rozdaniu nagród Brit Awards za rok 2005 zespół ogłosił: ''Minie sporo czasu zanim znów usłyszycie nasze nowe piosenki''. Jednak nie minął nawet rok od tamtego wydarzenia, a pracę nad albumem ruszyły w grudniu 2006 roku. Za produkcję wziął się Brian Eno - tak, wiem, ten od U2 i jak się domyślacie pewnie już wtedy pojawiły się pierwsze głosy krytyki - zastępując na tym stanowisku Kena Nelsona, stałego pomocnika Coldplay począwszy od ich debiutu z 2000 roku. W okresie przerwy między nagraniami, gdzieś na początku 2007 kiedy zespół grał małą trasę po Ameryce Południowej (stąd pewnie urozmaicone, lekko egzotyczne brzmienie) i wtedy to nagrywał m.in. w kościołach - ale to chyba każdy wie, bo nie mało o tym pisano... Efekt ukazał się na rynku 12 Czerwca.
Wielu spodziewało się drastycznych zmian co jednak nie do końca okazało się prawdą, ale liczy się utrzymanie na pierwszych stronach gazet, prawda? Life In Technicolor jednak faktycznie zaskakuje. Pierwsze typowe intro w karierze grupy roztacza wokół nas niezwykłą paletę barw i urzeka cudownym akustycznym, pełnym życia i radości motywem. Jednym słowem: Viva La Vida! Bardzo żałuję, że ten kawałek nie został rozwinięty i przeobrażony w pełnowymiarową piosenkę, choćby nawet instrumentalną. Dalej wieje grozą. Coldplay, tacy grzeczni chłopcy, a śpiewają o Londyńskich cmentarzach. Od razu w ucho wpada gitara w stylu flamenco. Marudy wspomną znów coś o cholernym U2, ale mi to nie przeszkadza. To zresztą jedyny budzący w miarę oczywiste skojarzenia z Irlandczykami motyw na tej płycie. Bo weźmy takie Strawberry Swing. Brzmienie rodem z dalekiego wschodu. Słuchając tej odpowiednio przesterowanej gitary mamy wrażenie, że jakiś chiński zespół bardzo dobrze potrafi grać rockową muzykę, a i używa nawet bardzo pro-zachodnich rozwiązań. Inny rodzaj egzotyzmu dostajemy w mocno organowym Lost!. Słysząc ten numer pierwszy pomyślałem, że właśnie takiej muzyki chciałem spróbować. ''Chwiejąca się'' melodia i masa organów (to z tych kościołów pewnie), do tego znakomite gitarowe riffy dodające całości melodyjności. Nie sądzę bym nie znalazł tej kompozycji w ciągu najbliższych miesięcy na półkach z singlami. Lovers In Japan samo prosi się o nadanie jej etykiety ''odmieniec'', ''nowe brzmienia'' albo ''east oriented''. Kolejny pogodny numer - na Viva La Vida nie znajdziecie smętów pokroju Twisted Logic czy Fix You - z brawurową partią fortepianu czyli bardzo typowego instrumentu dla Anglików. To jedna z trzech kompozycji złożonych z dwóch części. Podtytuł brzmi Reign Of Love. Jednak zarówno w wypadku tej części składowej, a także kolejnych Escapist i Chinese Sleep Chant to główny składnik tego tandemu robi lepsze wrażenie. Wśród nich znajduje się zresztą najlepszy na płycie Yes z lekko kakofoniczne brzmiącą partią smyczkową, utrzymane w ''luzackim'' , lekko amerykańskim nastroju (country!!?? - coś tam jakby jest z tego, ale bez obaw, to tylko moja interpretacja) . Oprócz Yes największą moją uwagę przykuła kompozycja 42. Podzielona na trzy niezależne części, przechodzi stopniowo z powolnej ballady w iście elektroniczne i suche brzmienie, by na końcu zaskoczyć bardzo nośnym popowym motywem. I to wszystko w niecałe cztery minuty. Ale to co najbardziej cieszy to fakt, że słychać w tej kompozycji (w drugiej jej części) wpływ Radiohead z okresu Kid A...i nawet trochę mało przekonujący tekst schodzi na daaaaalszy plan. Na tle tych ambitniejszych i teoretycznie mniej przebojowych kompozycji nieźle prezentują się single. Najbardziej drapieżny z całości Violet Hill urzeka swoją zadziornością i mocą, choć to tylko trochę ponad dwie minuty takiej muzyki na poważnie. Słabiej wypada kompozycja tytułowa. Czysto popowa, napełniona po brzegi słodką melodią i zaaranżowana na ujmujące za dobre serce smyki. Podoba się. Owszem, ale chyba jest równocześnie jedna z dwóch najsłabszych na płycie.
Nie napiszę o niczym interesującym jeśli zauważę, że jak zwykle wokół nowej pozycji Coldplay wybuchnie burza zachwytów i niechętnych pomruków. Widać już to w często bardzo skrajnych recenzjach. Lecz osobiście z radością stwierdzam, że Viva La Vida to płyta lepsza niż poprzedniczka, bardziej spójna, ciepła, kolorowa, lecz co dość nietypowe jak dla tej grupy pozbawiona ''pewniaków'', utworów na pierwsze miejsca list przebojów. Wydaje się, że w tym wypadku ciężka amunicja została już wytoczona w postaci Violet Hill i Viva La Vida. Jednak patrząc na wyniki sprzedaży albumu (trzy dni starczyły by wspiął się na 1 miejscu w UK osiągając niebanalną liczbę ponad 300 000 sprzedanych kopii) Coldplay nie grozi muzyczny underground. Bardzo mnie to cieszy. Wreszcie dobry zespół jest również ceniony przez szeroką publiczność i to całą, bez wyjątku. Czas pokaże czy okaże się to najbardziej fascynująca pozycja spośród całej czwórki płyt Zimnograjów.
Gotowy na The Police
Jak widać (widać, choć w nie najlepszej jakości, so sorry) jestem już wyposażony w najważniejszy gadżet za pomocą, które uda mi się zobaczyć czwartkowy koncert The Police. Dokładnie tydzień został mi na podszkolenie się w dyskografii tej grupy. Przyznam szczerze, że nawet nie wszystkie ich płyty przesłuchałem, ale te które znam robią na mnie NIEMAŁE wrażenie. Udało mi się dostać bilety bezpłatne, normalnie oddawane do dyspozycji przedstawicieli mediów - jedna z takich osób postanowiła podzielić sie ze mną za fantastyczną cenę tymi biletami i pozwolić mi dzięki temu oglądać koncert z najlepszej możliwej pozycji (środkowa cześć sektoru, który jest najbardziej na wprost sceny, prócz miejsc VIP-owskich)
The Prodigy w Polsce!
Oprócz The Prodigy na dwóch scenie będzie można zobaczysz Seana Paula, Timbalanda oraz Missy Elliott. Jeśli kogoś interesuje ta impreza, zapraszam na stronę www.livefestival.pl. Przyznam, że dla samych bohaterów tego wątku warto się skusić. Niestety chyba nie będę miał okazji zobaczyć ich występu z powodu miejsca i terminu koncertu.
Wcześniej z Coke Live Music Festival brali udział m.in. Faithless czy Shaggy.
The Verve w sierpniu
19 sierpnia, prawie 11 lat po nagraniu kultowego dla wielu albumu Urban Hymns, którym The Verve zamknęło erę britpopu, zespół zaprezentuje wreszcie nowy materiał nad którym pracował od połowy roku ubiegłego. Szczegóły wydawnictwa (prócz daty premiery) nie są jeszcze znane.
The Verve nad swoim 4 studyjnym nagraniem pracowało w oryginalnym składzie jaki uczestniczył przy nagrywaniu pierwszym dwóch płyt (A Storm In Heaven, A Northern Soul). W obecnym line-up grupy zabraknie jednego muzyka z czasów Urban Hymns - basisty Simona Tonga (obecnie z The Good, The Bad And The Queen). Zamiast niego do składu wrócił Nick McCabe.
Wyczułem chyba, że The Verve coś szykują bo dziwnym trafem postanowiłem wrócić do ich ostatniej płyty, której nie słuchałem wieki całe, było to na kilka dni przed potwierdzeniem nowego wydawnictwa. Muszę teraz jak najszybciej przestudiować poprzednie dwa krążki grupy by 19 sierpnia być w pełni gotowym na kolejną odsłonę ich twórczości.
Przypomnę, że do tej pory można było pod koniec ubiegłego roku zgrać darmowy, kilkuminutowy plik z zapisem jamowania grupy. Materiał udostępnił na swojej stronie New Musical Express. Obecnie do obejrzenia pod [url=http://pl.youtube.com/watch?v=ml7uFyFVi8c]tym linkiem[/url]
środa, 18 czerwca 2008
Do trzech razy sztuka....
Blog na full-wypasionym serwisie blogspot.com rusza w porze wakacyjnej już jak dla mnie i będę mieć dużo czasu by w najbliższym czasie popisać nieco ciekawych rzeczy.
Co się zmieniło w porównaniu z ratemymusic i home50chart? Jak łatwo zauważyć nazwa. Małpowanie z muzyką to trochę zabawna nazwa, która kilka osób może rozbawić, inne pomyślą, że to jakieś głupoty - o to chodzi właśnie ;) Muzyka to zabawa. Nie można być drętwym, dlatego myślę, że taka nazwa dobrze pasuje do ogółu tej strony. W dodatku pojawią się typowo małpiarskie gadżety (patrz. oceny przyznawane płytą - nie są to już zwykłe popularne internetowe ''aty'' czyli tzw. małpy, tylko coś więcej).
Blog jest bardziej kolorowy, chociaż rysuje się w stosunkowo ciemnych barwach, ale gotykiem nie jestem - uspokajam :) Jest też bardzo czytelna ''linkownia'' gdzie umieściłem wszystkie najważniejsze linki do innych stron związanych ze mną czy też moim hobby. Jest sekcja youtube - i to wgrana już automatycznie - można obejrzeć klipy praktycznie wszystkich najważniejszych dla mnie artystów.
Jest również mały podgląd na mój profil w last fm. Na koniec muszę pochwalić się swoim pięknym logo złożonym z okładem samym wybitnych albumów 20 i 21 wieku ;)
Na blogu zapostowałem już WSZYSTKIE archiwalne notowania DLP i to od pierwszego wydania! Są też wszystkie jak do tej pory napisane recenzje. Wszystkie posty mają możliwość komentowania BEZ UPRZEDNIEGO logowania się (nakaz logowania się na konto gazety.pl był według mnie największą wadą poprzedniej strony, bo komu się chciało zostawiać komentarz w takim wypadku?)
Pod postami znajdują się również tzw. etykiety czyli jakby działy. Każdy post ma swoją etykietę: recenzja, domowa lista przebojów albo relacje z koncertu. Po kliknięciu na daną etykietę można bezpośrednio przejść do miejsca gdzie umieszczone są wszystkie posty danej kategorii - dzięki temu nie trzeba w nieskończoność wertować forum.
Blog rusza pełną parą jutro, a ja obecnie spadam na mecz ME ;)
Pozdrawiam. Paweł.
Portishead - Dummy - 1994
01. Mysterons
Po kilku minutach dłuższej zadumy można dojść do wniosku, że Dummy to bardzo przemyślany tytuł. Dobrze brzmi – to po pierwsze. Po drugie, przynajmniej w moim wypadku idealnie pokazuje czym staję się słuchając tego krążek – manekinem, marionetką w rękach muzyki jaka płynie z tej niezwykle tajemniczej i hipnotyzującej płyty. Jednak jest to też furtka bezpieczeństwa. W końcu kto na poważnie w czasie ery britpopu oraz muzyki eurodance (ciężko mi ta nazwa przechodzi przez gardło) potraktowałby tak nazywający się album zawierający muzykę z pogranicza modern jazzu, soulu, elektroniki i nielicznymi tylko elementami rocka. Zawsze będzie można się od tego odciąć i zacząć jeszcze raz...Nie tym razem. Tak rodził się klasyk gatunku znanego jako trip-hop.
W 1991 Geoff Barrow znany już w środowisku z pracy z grupą Massive Attack zaprosił do współpracy Beth Gibbons, która do tej pory jedyną styczność z muzyką miała w małych klubach w Bristolu dając pokazy swoich umiejętności wokalnych dla zmęczonych Anglików, którzy po pracy wpadali napić się Portera.
Zaczęło się od nagrania rzeczy dość nietypowej jak na początek kariery, a mianowicie ścieżki do krótkometrażowego filmu To Kill A Dead Man, stworzonego zresztą przez sam zespół – później materiały z tego projektu posłużyły do stworzenia teledysku dla kompozycji Sour Times. Tytułowy utwór wykorzystany w filmie nie wydaję się z perspektywy czasu czymś wyjątkowym, ot takie instrumentalne nutki, trochę w stylu noir, więc warto podziękować wytwórni GoBeat! Records, że chwyciła o co w tym wszystkim chodzi i podpisała kontrakt z Portishead. Wydanie Dummy’ego poprzedziła m.in. EP-ka Numb dzięki to której świat zwrócił uwagę na trójkę z Bristolu (trójkę, bo w pracach nad albumem uczestniczył już Adrian Utley, trzeci członek grupy po dziś dzień). Tym co przykuło uwagę mediów było połączenie jazzowego tematu, elektronicznych sampli, oryginalnego brzmienia organów (jak z filmów szpiegowskich, za którymi zresztą członkowie Portishead przepadali) i nowoczesnego podejścia do produkcji materiału. Do tego głos Beth Gibbons. Zimny. Pełen emocji. Pełen tajemnicy. Być może największy atut zespołu.
Na początku sierpnia, na prawie miesiąc przed oficjalną płytą ostatnim zwiastunem płyty okazał się być singiel Sour Times, w którym grupa zachowała wszystkie zalety poprzedniej kompozycji bazując tym razem jednak na narkotyzujących dźwiękach cytry nadających całości trochę śródziemnomorskiego klimatu. Po raz kolejny niesamowicie brzmi wokal, tym razem przepełniony bólem i rezygnacją. ''Nobody loves me, it’s true, not like you do''. Praktycznie każdy fragment Dummy’ego w warstwie wokalnej niesie ze sobą smutek, zmęczenie i rozpacz. Czy więc ludzie kochają być w depresji ? ''To jest styl Portishead, my nie potrafimy nagrywać radosnej muzyki, nie potrafimy nagrywać płyt gdy jesteśmy szczęśliwi, dziwne więc, że nagrywanie nowego materiały trwało tak długo'' – żartował Barrow w jednej z ostatnich wypowiedzi grupy po wydaniu płyty Third. Sukces płyty, która do dziś w samym Zjednoczonym Królestwie pokryła się podwójną platyną, zaskoczył grupę. Dummy wspiął się na drugie miejsce brytyjskiej listy i to w czasie gdy artyści preferujący klimatyczne i powolne granie klepali biedę, a faceci pokroju Albarna, czy Gallaghera bezwstydnie pokazywali środkowe palce na łamach największych muzycznych gazet w Wielkiej Brytanii. Ciąg tych wydarzeń skłonił grupę do wydania trzeciej małej płytki z kompozycją Glory Box, która była swoistym hołdem dla brzmienia lat 30 i 40 – ten styl grupa udanie rozwinęła na swoim kolejnym krążku. Znakomicie wypadł również pomysł wzbogacenia Glory Box wyraźnym brzmieniem gitary elektrycznej. Pomysł Portishead na kompozycje zawsze wychodził z założenia, że liczy się solidny bas, dobra, dość przyciężka perkusja i kilka sztuczek zza konsolety sprowadzających się do tak oczywistych (i częstych) zagrywek jak cofanie i puszczanie płyty vinylowej . W to wszystko potrafili ze znakomitym skutkiem wpleść brzmienie instrumentów dętych (Pedestal), smyczkowych (Strangers, Roads), natomiast It’s A Fire zamieszczony z niewyjaśnionych względów tylko na amerykańskiej edycji raczy nas ''wysokimi'' organami. Czasem jest też po prostu jazzowo jak w It Could Be Sweet, najprostszym numerze w całym zestawie. Wszystkie kompozycje poddane zostały solidnej produkcji by wyodrębnić i podkreślić każdy z tych zabiegów. Nie dochodzi tu jednak w żadnym razie do przerostu formy nad treścią i album nie ma prawa trafić na półkę z dopiskiem: Przesadnie ambitne – może później.
Już wcześniej, bo na samym początku lat 90 muzykę zespołu Zoe określało się jako trip hop. Powstały wtedy płyty, które dziś spokojnie można otagować jako ten gatunek – o Portishead nikt jeszcze nie słyszał. Jedyną receptą na rozwiązanie tej zagadki jest zapoznanie się z tym krążkiem i przekonanie się czemu to właśnie Dummy dzierży tytuł tego ‘’pierwszego i najważniejszego’’, a nie debiut Massive Attack, Zoe czy też Perfume Tree.

